Który jest właściwy dla mnie dziewczyna

Polacy przywrócili moją wiarę w ludzkość/Polish people have restored my faith in humanity

2019.12.04 16:41 compulsiveranter Polacy przywrócili moją wiarę w ludzkość/Polish people have restored my faith in humanity

Original post: https://www.reddit.com/poland/comments/e5ve5q/polish_people_have_restored_my_faith_in_humanity/
*Please note this is a google translated version so more people can know about this
Wersja TLDR na końcu.
Piszę to, aby Polacy czytający to dzisiaj powinni czuć się niesamowicie dumni z siebie i swoich współobywateli. Nigdy w życiu nie ściskałem tylu przypadkowych nieznajomych, ponieważ byłem upokorzony.

Krótko, pochodzę z Indii i podróżowałem sam przez około miesiąc. Przez większość czasu przebywałem w Wielkiej Brytanii, a mój pobyt w Polsce trwał około 8 dni. Moja podróż była związana z pracą.

Tak czy inaczej, moja podróż szła absolutnie dobrze i świetnie się bawiłem, spotykając ludzi z obu krajów i zwiedzając region, ponieważ był to mój pierwszy raz w Europie.

Nadchodzi ostatni dzień. Byłem w Krakowie i miałem pociąg do Warszawy zarezerwowany z EIP, a następnie lot w nocy do lotniska z Delhi.

Opuszczam mieszkanie i jadę tramwajem do Krakowa Głównego i wtedy to gówno mi się nie udaje. Okropnie źle. Wszyscy winni za to siebie.

Nosiłem bagaż kabinowy i plecak z laptopem, ładowarkami, gotówką i PASZPORTEM. Cały czas miałem przy sobie plecak. Wcześniej odbyłem wycieczkę po Krakowie po starym mieście. Moje plecy były trochę obolałe z powodu długiego dnia, więc po to, by poczuć się trochę swobodnie, siadam na pustym siedzeniu w tramwaju i zdejmuję plecak, żeby go schować.

Tramwaj zbliża się do mojego przystanku i zdaję sobie z tego sprawę późno. Zatrzymuje się i patrzę na zewnątrz, aby uświadomić sobie, że do cholery muszę stąd wyjść. W chwili strachu przed nieudanym zatrzymaniem wybiegam ze sobą, zabierając ze sobą torbę kabinową. Właśnie kiedy wychodzę, drzwi tramwaju zamykają się i odjeżdżają. Potem mi się świta, dziwnie się czuję, jakby coś się zmieniło. Ku mojemu przerażeniu właśnie to zrobiłem, PLECAK. Najważniejszy kawałek zostawiłem podczas podróży tramwajem. Byłem w stanie paniki. Absolutna panika i czułem we mnie kryzys i stan pomocy. To jest mój dzień wyjazdu i właśnie w tym momencie popełniłem największe pieprzenie. Był w tym mój paszport. To jest moja tożsamość i to był jedyny sposób, by móc wrócić.

Teraz zaczyna się mój związek z nieznajomymi. Idę na górę, do stacji, żeby zobaczyć znak informacyjny. Znalazłem jeden na wycieczki, ale oczywiście potrzebowałem pomocy i wszedłem do środka. Jest tam ta pani i prosi mnie o sprawdzenie biura MPK, które jest na zewnątrz. Wychodzę i zgaduję, co znajdę, biuro jest zamknięte, ponieważ jest niedziela. Mam na myśli to, że kiedy idzie źle, po prostu idzie gorzej.

Tam jest przystanek autobusowy i widzę młodą damę czekającą na swój autobus. Podchodzę do niej nadal w stanie paniki i opowiadam jej o tym, co się właśnie wydarzyło. Zgadnij co? Nie rozumie angielskiego, ale jej postawa sugerowała, że ​​chce pomóc, ale nie rozumie gówna. W tej sytuacji uderzyło mnie to, skorzystajcie z technologów. Otwieram tłumaczenie Google i piszę tam „Zostawiłem torbę w tramwaju i ma ona mój paszport, proszę o pomoc!” Teraz dobrze zrozumiała, że ​​ten facet jest w poważnej sytuacji. Nasza komunikacja odbywa się po tłumaczeniu. Rozgląda się, by znaleźć numer. Dzwoni na ten numer, mówi do nich. Wyjaśnia im moją sytuację, która zajęła dobrze około 10-15 minut. Rozumiem, że to dla mnie przypadkowa osoba, nie znam jej. Nie mówi nawet wspólnym językiem między nami, ale wciąż tam stała, żeby mi pomóc. W trakcie rozmowy jest informowana, żebym zadzwonił pod ten sam numer po 2 godzinach. FFS. Mam lot za 6 godzin i nadal muszę jechać pociągiem do Warszawy, która trwa 30 minut. Uświadomiłem sobie, że nigdy nie będę w stanie tego złapać. Dziękuję tej kobiecie i przytulam ją za jej pomoc.

Byłem w tej bezradnej sytuacji, ale wiedziałem, że nie mogę tego znieść. Wpadłem na pomysł, że może, po prostu MAJBE, kierowca na ostatnim przystanku zmienia zmiany i sprawdza, czy w tramwaju nie ma żadnych rzeczy. Jadę następnym tramwajem do następnego przystanku. Sięgnij, aby znaleźć biuro. Jest jeden stary dżentelmen. Piszę z telefonu tekst o mojej torbie. Tekst jest przetłumaczony na język polski. Uświadomiłem sobie, że nie będzie znał angielskiego. Wyjaśniam mu sytuację i podaję numer tramwaju oraz godzinę, o której jechałem. Wyciąga swoją gadatliwą i komunikuje się z kierowcą. 5 minut komunikacji i wraca, żeby powiedzieć mi „nie”, aby wskazać, że kierowca niczego nie znalazł. Kolejna realizacja zniknęła! Torba nie wraca. Ktoś prawdopodobnie właśnie to wziął. To znaczy, że byłoby to dość intratne. W środku jest cały laptop. Ale powiedział przez tłumacza, że ​​możesz iść na policję, która zajmuje się MPK. Zapisał mi ten adres, a także dokładny numer tramwaju, który wybrałem. Kolejny akt dobroci. Mógł mnie po prostu odepchnąć, gdy powiedział mi, że nic nie znaleźli. Wiedziałem, że muszę iść na policję, ponieważ torba miała mój cholerny paszport. Mogłabym być w prawdziwym niebezpieczeństwie i nie miałam pojęcia, co do diabła się z tobą stanie, jeśli stracisz paszport w obcym kraju.

Zanim udam się na policję, próbuję sprawdzić, czy coś się nie stało na przystanku po tym, jak upadłem. Może być współ pasażerem zrealizowanym i podał go na następnym przystanku.
Zanim udam się na policję, próbuję sprawdzić, czy coś się nie stało na przystanku po tym, jak upadłem. Może być współ pasażerem zrealizowanym i podał go na następnym przystanku. Idę na ten przystanek tramwajowy i znajduję kolejnych dżentelmenów, którzy prawdopodobnie byli tam, aby pomóc kierowcom tramwajów. Idę do niego, ale on nie mówi po angielsku. Pulsuję tę samą wiadomość z mojego telefonu. Zdaje sobie sprawę z mojej paniki i zabiera mnie na górę do swojego biura. W środku siedzi kobieta, prawdopodobnie jego przełożony. Mówi jej o sytuacji. Na szczęście zna trochę angielskiego. Mówię jej bezpośrednio. Prosi, żebym poczekał na zewnątrz. To samo dzieje się, gdy próbuje dowiedzieć się o torbie, pytając kierowców tramwajów. Wraca do mnie, aby przekazać tę samą wiadomość, nie mają żadnych informacji. Facet, który mnie zabrał, zaleca również, żebym poszedł na komisariat. Mówi, jakim tramwajem muszę jechać i w którym kierunku muszę iść ze stacji docelowej. Tramwaj przyjeżdża i mówi mi ten. Kontroler biletów jest w środku. Mówi mu, który przystanek i muszę się do niego dostać, i daje mu bilet na ten dokładny przystanek i informuje go, kiedy nadejdzie przystanek. Kolejny akt dobroci. Życzy mi również powodzenia. Jestem mu wdzięczny.

Mój cel przybywa, gdy zastanawiam się, co dalej. Kontroler biletów każe mi tu zejść. Idę na komisariat policji i wygląda na to, że jest zamknięty. Nie mów mi, że posterunek policji również jest zamknięty, ponieważ jest niedziela. Nie dlatego, że przybywa policjant i kiedy wchodzi do biura, pytam go o angielski. On tego nie mówi. Znów Google tłumaczy FTW. Wchodzi do środka, a potem wraca chwilę i wskazuje mi tablicę, która wspomina coś o zagubionym i znalezionym dla MPK. Określa godziny otwarcia i zgadnij co. Jest zamknięty, ponieważ jest niedziela. Próbuję go zapytać o cokolwiek innego, co mogę zrobić, ale on nie może mnie absolutnie zrozumieć. Moje walki trwają i podczas tej akcji 3 młode kobiety wchodzą na komisariat. Jedna z nich prowadziła samochód, więc chciała sprawdzić poziom alkoholu. Gdy mają zamiar wyjść, widzą, że walczę tutaj z komunikacją. Patrzę na jedną z kobiet. Ona już na mnie patrzy, być może z powodu mojej spanikowanej twarzy, a jej uwagę przykuła walka. Pytam, czy ona mówi po angielsku, odpowiedziała twierdząco. Jestem jak dzięki Bogu i mówię jej o mojej sytuacji. Dziewczyna, która chciała sprawdzić poziom alkoholu, licytuje adieu i odchodzi, gdy dwie kobiety zostają. Oboje mówią po angielsku. Komunikują się dla mnie z oficerem. Zapytaj o najlepsze rozwiązanie. Zapytaj go, co mogę zrobić. Mówi im, że ten facet musi udać się do ambasady indyjskiej, która znajduje się w Warszawie, i poprosić o uzyskanie duplikatu paszportu. A potem proszę ją, żeby zapytała go, czy mogę dostać dokument potwierdzający utratę paszportu. Może będę musiał coś pokazać ambasadzie. Wyciąga formularz i prosi mnie o napisanie moich danych. Następnie stempluje go dla mnie i zatrzymuje kopię. Cała ta walka i walka trwały prawie 45 minut, ale te dwie niesamowite kobiety stały obok mnie. Pomógł mi z całą komunikacją i szczegółami. Policjant wydrukował mi nawet adres ambasady z numerem telefonu. Chociaż mogłem to rozgryźć, ponieważ miałem swój telefon, ale to miło z jego strony. Kolejny akt dobroci.

Wiedziałem, że muszę teraz jechać do Warszawy. Spóźniłem się na pociąg i również spóźniłem się na lot. Muszę powiedzieć, że byłam dość załamana. Ale te akty dobroci i posiadania telefonu, a także portfela przy mnie, dały mi spokój.

Idę na dworzec w Krakowie i rezerwuję następny dostępny pociąg. Powiedziano mi, że nie ma miejsc, ale możesz stać. Świetny! 3 godziny podróży do Warszawy. Dzień staje się lepszy. Czekając na pociąg, dzwonię pod numer alarmowy ambasady indyjskiej i informuję osobę o mojej sytuacji. Cierpliwie słucha mnie i radzi, żebym przyszedł do ambasady jutro rano i opowiada o wszystkich dostępnych dokumentach, które muszę zdobyć.

W tym momencie pamiętam również, że zostawiłem swoją dużą walizkę na automatycznym stanowisku zrzutu bagażu na dworcu warszawskim, zanim pojechałem pociągiem do Krakowa, aby zapewnić sobie wygodę podczas pobytu w Krakowie. Zgadnij co? Kluczem do mojego bagażnika był mój plecak! Nadchodzi kolejny problem, by uderzyć mnie w twarz. Moim priorytetem było dotarcie do ambasady i pytanie, jak mogę wrócić do domu w tej sytuacji. Pogotowie w ambasadzie powiedziało mi, jak mogę uzyskać zaświadczenie o stanie zdrowia. W przeciwnym razie uzyskanie nowego paszportu może potrwać do 2 tygodni !!

Pociąg właśnie przyjeżdża i docieram na peron, by poszukać mojego pociągu, tekst pomieszał mnie jeszcze bardziej, gdybym był we właściwym miejscu.

Uważam, że młoda kobieta wygląda tak samo zdezorientowana jak ja. Pozdrawiam ją i proszę, żeby zobaczyła mój bilet i czy jestem we właściwym miejscu. Mówi mi, że znajduje ten sam pociąg. Byłem więc idealny, po prostu pójdę za tobą. Czyta informacje na tablicy elektronicznej i mówi mi to późno o 30 minut.
Staliśmy więc razem, czekając na pociąg i rozpoczynamy rozmowę o tym, co się dzieje w życiu. Rozmawiamy o tym, a ja oczywiście mówię jej o moich doświadczeniach. Ona jest z niedowierzaniem. Oczywiście czuje się z tego powodu okropnie. Ale mówi mi, żebym się zbytnio nie przejmował i że jutro po prostu pójdę do ambasady. Mówi mi, że nawet ona ma bilet stały. Byłem trochę szczęśliwy mając towarzystwo podczas mojej 3-godzinnej próby. Pociąg przyjechał. Jesteśmy w środku. Odchodzi i rozmawiamy przez podróż o niej i moim pochodzeniu oraz o naszych krajach. Pochodzi z Ukrainy, ale przeprowadziła się do Polski, gdy miała 15 lat. Później w naszej rozmowie rozmawialiśmy o moich problemach, a potem powiedziałem jej, że moja walizka utknęła na warszawskim dworcu i że klucz jest w moim plecaku. Wspomniałem również, że wyjaśnianie komukolwiek na stacji byłoby bolesne w tyłek, ponieważ nie mówię po polsku. Mówi mi, żebym się nie martwiła i że pójdzie ze mną, kiedy dotrzemy na dworzec warszawski, aby porozmawiać z władzami. Byłem wzruszony. Teraz rozumiem. Stoimy przez 3 godziny. Ziewamy przez podróż. Jest 23:00 w nocy i wszystko, co może myśleć, to iść do domu spać. Ona też ma pracę następnego dnia. Mimo wszystko zobowiązała się do pomocy. Kiedy dotarliśmy na stację, poszła ze mną do władz. Pomógł mi odzyskać torbę, za co musiałem zapłacić karę, a potem licytować po przyjeździe jej taksówki. Kolejny akt dobroci.

Przewiń do następnego dnia. Wyjeżdżam do ambasady absolutnie zrozpaczona sytuacją, w której się znalazłem. Dojeżdżam do ambasady. Pozwalają mi spotkać się z konsulatem, biorąc pod uwagę moją pilną sytuację. Moja kolej nadchodzi, siadam przed nią. Opowiadam jej o tym, jak zgubiłem plecak, a mój paszport był w środku i potrzebuję zaświadczenia o konieczności powrotu do domu. Prosi, żebym tu zaczekała i wstaje. Zastanawiam się, że to zimno. Nagle mnie łamie i wchodzi do środka tuż po mojej kolejce. Wraca z listem. List pochodzi z komisariatu policji w Krakowie. Pisze o znalezieniu plecaka z paszportem. Potwierdza przedmioty ze mną i moim numerem paszportu. Wszystkie pasują do siebie. Wszystkie pasują do siebie. Nie potrafię opisać, jak się wtedy czułem. Gdybym musiał podać analogię, możesz pomyśleć o Willie Smithie w pogoni za szczęściem. Przedostatnia scena, w której opisuje, kiedy w końcu poczuł się szczęśliwy. Nawet emocjonalnie piszę o tym.

Okazuje się, że bohater, ABSOLUTNY Bohater, znalazł plecak leżący w tramwaju i zabrał go prosto na policję. Byłem z niedowierzaniem, gdy zacząłem rozumieć, że właściwie mogę odzyskać wszystko. Laptop ma takie ważne dokumenty robocze. Wszyscy myśleli mi o tym, co straciłem i ile pracy musiałbym wykonać ponownie, ponieważ nie mam laptopa. Oczywiście utrata laptopa byłaby również ogromną stratą pieniężną.

Pani powiedziała mi, że powinieneś przyjechać do Krakowa i odebrać swoją torbę. Dała mi kopię listu od policji, zawierającego dane adresowe i numer telefonu.

Wybiegłem, by udać się prosto na stację. Kupiłem następny dostępny bilet na pociąg do Krakowa.

Po kilku godzinach byłem na posterunku policji. Policjantka zabrała mnie do mojej torby i poprosiła o sprawdzenie wszystkich rzeczy w środku. Nie żartuję. Nie poruszył się ani o cal. Mam wszystko tak, jak jest. Ta dama była dla mnie taka słodka. W moim kraju kontakt z policją wcale nie jest łatwy. Ale to było bardzo przyjemne. Powiedziałem jej, że jeśli przyjedzie do Delhi, będzie moim gościem. Jako specjalną prośbę zapytałem ją, czy mogę porozmawiać z tym bohaterem. Zadzwoniła do niego. Powiedziała mu, że facet chciałby z tobą porozmawiać. Prawie go nie słyszałem, a on nie rozumiał angielskiego, ale żałowałem, że nie ma najlepszego życia i zdrowia. Jest niesamowitą osobą i naprawdę mam szczęście, że mam takich ludzi na tym świecie. Nazywanie tego aktem dobroci byłoby niedopowiedzeniem. Pani wzięła telefon i przetłumaczyła mu to wszystko. Mam nadzieję, że sprawiłem, że poczuł się wyjątkowo w tym momencie. To niesamowite, nie znam tej osoby, nie znam jego twarzy i nie wiem, co robi, ale właśnie dokonał jednego z najbardziej niesamowitych czynów w moim życiu.

Siedząc w drodze powrotnej do Delhi, chcę podziękować Polsce za to, że to dla mnie zrobiła. Naprawdę dziękuję! Wszyscy ci ludzie w mojej historii są absolutnie niesamowici.

Tacy ludzie naprawdę sprawiają, że świat jest lepszym miejscem i dają nadzieję.

Pójdę powiedzieć wszystkim, których znam, aby odwiedzić Polskę. To piękne miejsce z pięknymi ludźmi.

Poza tym pracuję w branży turystycznej w Indiach, więc jeśli chcesz uzyskać porady na temat podróży tam, napisz do mnie. Indie słyną również z gościnności.

TLDR Podróżowałem po Polsce, zgubiłem plecak w Krakowie w tramwaju, który miał również paszport i laptop i znalazłem go po długiej walce z pomocą absolutnie nieznajomych.
submitted by compulsiveranter to Polska [link] [comments]


2019.11.04 17:19 bloomer_from_poland Kryzys psychiczny

Hej Polska
Chciałbym Wam opowiedzieć moją historię kilku ostatnich miesięcy, jako może przestrogę dla innych, może jako naukę, może tylko po to, że mam potrzebę napisać światu o tym przez co przeszedłem. Będę się starał zachować anonimowość, aczkolwiek nie zdziwię się, jeżeli mnie ktoś rozpozna. Jeśli tak będzie, proszę, zachowajcie to dla siebie.
Żeby tylko zarysować - jestem raczej z dobrej rodziny, nigdy mi niczego nie brakowało, jednak nigdy też nie było tak, że dostawałem co będę chciał. Ot normalna rodzina klasy średniej/wyższej średniej. Rozwijam się w zawodzie, o którym marzyłem, od jakiegoś roku mieszkam sam na swoim...
Otóż nie do końca sam, ponieważ do końca czerwca br. mieszkałem z dziewczyną. Byliśmy razem jakieś 4 lata, w tym czasie prawie 2 mieszkaliśmy wynajmując gdzieś mieszkania. Nie zawsze było kolorowo, nie zawsze było tragicznie. Można powiedzieć, że było nijak/dobrze. Mieliśmy nawet dwa koty, co jest istotne w tej historii.
Pod koniec czerwca wróciłem z tygodniowego wyjazdu służbowego. Kolejnego dnia, gdy wróciłem z pracy dowiedziałem się, że moja dziewczyna chce skończyć związek. Przyjąłem to zadziwiająco spokojnie. Nie bez emocji, ale spokojnie, dorośle. Rozstaliśmy się jako przyjaciele. Ona wzięła "nowszego" kota, u mnie został starszy, który był naszym pierwszym wspólnym zwierzakiem, przede wszystkim dlatego, że ona marzyła o kocie.
W ten sposób zacząłem mieszkać sam. Ponownie podkreślam, że nie odczuwałem tego jakoś bardzo. Prawdopodobnie dlatego, że miałem dużo roboty na głowie. Poznałem kilka osób, niektóre bardzo blisko, jednak wszystko okazywało się tylko przelotnymi znajomościami. Zacząłem palić papierosy. Paczkę dziennie, czasem półtorej. Osoba, która z papierosami nigdy nie miała wspólnego. Zarabiam w końcu swoje pieniądze, kto mi zabroni. Poza tym ja nie jestem uzależniony, mogę w każdej chwili przestać.
Życie właściwie zaczęło mi się sypać we wrześniu, kiedy poszedłem na urlop. Przez bity tydzień siedziałem w chacie, paliłem papierosa za papierosem i jadłem żarcie na dowóz. Grałem w gry na kompie myśląc, że to mój wymarzony czas wolny. W końcu nie ma pracy, nie ma dziewczyny, która stałaby mi nad głową. Nie muszę się martwić o gotowanie, bo przecież zarabiam swoje pieniądze i przecież jakbym gdzieś na ten tydzień wyjechał, to wydałbym więcej. Zacząłem przy okazji tyć w oczach. W tym samym czasie zacząłem tracić kontrolę nad swoim otoczeniem. Zaczęły rosnąć sterty śmieci, brud zaczął zachodzić grubą warstwą w łazience i w kuchni.Nie wychodziłem wyrzucać śmieci do głównego kosza. Co więcej, nawet się nie fatygowałem, żeby wyrzucać je do worka na śmieci. Ale nie zwracałem na to uwagi, myślałem, że to olewam.
Potem zaczęło to wchodzić na moją psychikę. Życie jakby wymykało mi się spod kontroli. Zawsze się śmiałem jak w The Sims bałagan wokół postaci wpływał na ich morale, zaś wtedy zrozumiałem jak bardzo to mnie niszczy. Zaczęły też do mnie docierać wydarzenia z czerwca. Zacząłem wpadać w inne używki i robić rzeczy, których normalnie bym nie robił tj. pisanie do każdej możliwej dziewczyny na Tinderze, bycie bardzo bezpośrednim. Dla niektórych może to być normalne, dla mnie to był kompletnie inny świat. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że starałem się wypełnić pustkę po mojej dziewczynie, jakoś się dowartościować, może podświadomie zemścić. Byłem w totalnym amoku. Trwało to jakiś tydzień, może dwa. Ja zaś czuję jakby to trwało od czerwca. Warte podkreślenia jest to, że w tym czasie chodziłem do psychologa, jednak nie pomagał mi on w tym, co się aktualnie ze mną działo.
Być może wyda Wam się to trochę dziwne, ale tę serię niefortunnych zdarzeń przerwał niejako u mnie film Fangottena o tzw. doomerach. Z jego filmu trafiłem na filmy anglojęzyczne, gdzie znalazłem film jak chłopak opowiada o swojej drodze z doomera do bloomera. Po obejrzeniu i przeczytaniu komentarzy pod filmem trafiłem na informację, że niektórym ludziom w wyjściu z gówna pomaga stoicyzm i, co najbardziej mnie załamało, ogarnięcie porządku wokół siebie. W tym momencie uświadomiłem sobie, że gromadzący się wokół mnie syf jest objawem, ale też elementem, który jeszcze bardziej mnie pogrążał.
Czytałem o stoicyzmie i szczerze powiedziawszy, dla mnie ta filozofia zaczęła działać. Przede wszystkim założenie, że są rzeczy od nas zależne i od nas niezależne. Z niezależnymi nic nie zrobimy, więc nie warto się nimi w danym momencie zamartwiać. Zaś jeśli chodzi o zależne od nas: jeżeli jesteś w zagraconym mieszkaniu, masz dwie opcje: albo nic nie robić, dalej w tym żyć i zaakceptować wpływ tego na moją psychikę, albo w końcu posprzątać. Idiotycznie proste, prawda? Ale ja tego nie wiedziałem. A może wiedziałem, ale potrzebowałem to przeczytać. Wpłynęło na mnie z tej filozofii również to, że to ode mnie zależy jakie wrażenie coś na mnie zrobi. W każdym razie...
Piszę to w momencie, kiedy umyłem sedes, co uważam za wielkie osiągnięcie... Niby tylko porcelana, nad którą spędzacie kilka chwil w ciągu dnia, a jednak dla mnie to w tym momencie bardzo dużo. Wczoraj był pierwszy dzień od wielu miesięcy, kiedy jadłem owoce. Dużo owoców... Winogrona, banany, mandarynki... Możecie mi wierzyć albo nie, ale mam łzy w oczach pisząc ten fragment o owocach. Używki odstawiłem wszelkie. Tak jak wcześniej tylko "próbowałem" rzucić papierosy, tak po tym przejściu czuję do nich odrazę. Do wszystkich innych też. Posprzątałem mieszkanie i powiem Wam, że nie ma piękniejszego zapachu unoszącego się w domu od aromatu Pronto na świeżo wyczyszczonych meblach.
Wracając jednak do kota, z nim mam jeszcze duży problem. Kocham ją (kota) i ona kocha mnie, jednak kiedy na nią patrzę, myślę o tym jak moja była dziewczyna za nią tęskni. I tego nie potrafię jeszcze rozwiązać, a sprawia to spory ból. Ale wierzę, że teraz będzie tylko lepiej. Zrozumiałem też, jak bardzo samotnym człowiekiem jestem. W moim bezpośrednim otoczeniu nie mam nikogo. To jest druga rzecz, z którą się w tym momencie param.
Myślę, że jestem na dobrej drodze do bycia szczęśliwszym człowiekiem. Potraktujcie to wszystko jako przestrogę. Może kiedy będziecie w podobnej sytuacji, zaczniecie zauważać zależności i zobaczycie, że wpadacie w bajoro. Ale pamiętajcie, zawsze jest jakieś wyjście. Pisałem to z zamysłem, że zobaczę jakąś swoją wielką przemianę, jakieś boom, kiedy stałem się szczęśliwym. Teraz widzę, że jest to jednak proces bardzo stopniowy.

Ale zmierza w dobrym kierunku :)

Dużo zdrówka Polska, szczególnie tego psychicznego.
submitted by bloomer_from_poland to Polska [link] [comments]


2018.07.11 15:21 Arald98 Pasta o Julce

PROLOG
lvl 9 Dawid idę sobie radośnie do podbazy to jeszcze ten czas, w którym lubi się chodzić do szkoły na początku lekcja Religii, potem przerwa - czas zabaw wszystko supi, gramy sobie w berka myślałem już, że to będzie taki piękny dzień gdy Golem przyszedł do szkoły... Golem był dwa lata starszy, i ciągle się nade mną znęcał nauczyciele nic mu nie robili, bo jego ojciec wpłacał im jakieś dotacje na kiju właśnie biegłem od ściany do ściany, aby uciec przed berkiem wtedy Golem znikąd podstawił mi nogę i przewróciłem się na twarz straciłem wtedy chyba trzy zęby mleczne przechodząc rzucił tylko ze śmiechem "Uważaj jak biegasz młody!" moje oczy zalały się łzami a koledzy zaczęli śmieszkować byleby przypodobać się Golemowi taka sytuacja nie miała miejsca po raz pierwszy zawsze, gdy chciałem być sam, uciekałem do szkolnej kotłowni mój tata - konserwator pracujący w szkole zawsze był zajęty i nie zauważał jak przemykam przez jego pokój żeby wejść do dziury znajdującej się za dużym bojlerem pomieszczenie, do którego prowadziła dziura (nazywane przeze mnie Smoczą Grotą) mogłoby pomieścić trzech dojrzałych mężczyzn jednak sama dziura, była nawet dla małego mnie dość ciasna jak zwykle wtuliłem się w kąt wyłożony miękką gąbką po chwili, po przeciwnej stronie Groty usłyszałem jakiś dźwięk na początku uznałem, że to tylko syczenie rury podłączonej do bojlera jednak gdy po chwili źródło dźwięku zaczęło świecić mi w oczy latarką okazało się, że jest to mała dziewczynka siedziała skulona w kącie i płakała, na mój widok odrobinę się przestraszyła jako mały gówniak jeszcze nie do końca wiedziałem jak into loszki więc zacząłem rozmowę najlepiej jak potrafiłem:
(D)awid - "Co robisz w mojej kryjówce? Idź stąd!" (J)ulka - "To wcale nie twoja kryjówka, jest tak samo moja, jak i twoja!" D - "Byłem tu pierwszy! Zaraz powiem mojemu tacie i cię stąd wygoni!" J - "To zróbmy tak - ty pozwolisz mi tutaj siedzieć, a ja pomogę ci rozprawić się z tym chłopakiem, który ci dokucza." J - "Przecież dlatego tu siedzisz i płaczesz, prawda?" D - "Wcale nie płaczę! Nie jestem frajerem! A skąd wiesz, że Golem mi dokucza?" J - "Golem?" - zaśmiała się pod nosem, jakby chciała sprawiać wrażenie, że ukrywa coś przede mną J - "Twój Golem to tak na prawdę całkiem pocieszny chłopak, każdy potwór ma w sobie trochę z owieczki" D - "Niech będzie! Mamy układ, nie wierze ze Golem się ode mnie odczepi przez jakąś babę!" J - "Podaj mi mały palec" - powiedziała wysuwając malutki palec prawej ręki, który zdawał się znikać w świetle latarki złapałem ją za palec używając mojego, tak właśnie miała się rozpocząć moja wieloletnia przygoda z Julką plan zgładzenia Golema stworzony przez Julkę był bardzo przebiegły na początek, miałem odciągnąć szkolną sekretarkę z sekretariatu przygotowałem czerwoną farbę i rozcieńczyłem wodą bez zbędnych ceregieli, gdy drzwi do sekretariatu się otworzyły wylałem na siebie zawartość przygotowanego pojemnika i zacząłem krzyczeć gdy ja trzepałem się na ziemi i zebrałem wokół siebie jakiś tuzin nauczycieli - Julka podeszła do komputera w sekretariacie i wydrukowała około trzydziestu zdjęć ojca Golema - pana Żarowicza oczywiście moi rodzice zostali wezwani do szkoły i miałem karę na wychodzenie z domu, ale jak niedługo później się przekonałem opłacało się gdy następnego dnia przyszedłem do szkoły na każdej ścianie było zawieszone zdjęcie ojca Golema z dorysowanym wąsem i napisem "ŻARÓWA PARÓWA" jak przystało na śmieszków w naszym wieku Golem gdy przyszedł do szkoły i zobaczył swojego starego na drzwiach ubikacji zaczął krzyczeć, że dowie się kto to zrobił i zabije afera na całą szkołę, specjalnie zwołali rodziców większości uczniów żeby znaleźć sprawcę ale to był dopiero początek poczekaliśmy aż wszystko się uspokoi w międzyczasie trochę lepiej poznałem Julkę
Dziewczyna jest rok młodsza ode mnie, ma krótkie blond włosy, które często wiąże w kitki. Jej tata importuje owoce i warzywa zza granicy i sprzedaje wielu firmom w Polsce. Jej mama jest malarką i aktorką teatralną. Lubi czytać książki i oglądać filmy oraz malować. Przez 8 lat przeprowadzała się kilka razy. W skrócie - życie zupełnie inne od mojego. Ja - syn szkolnego konserwatora i bezrobotnej chorej matki żyłem w zupełnie innym świecie.
kolejną fazą naszego planu, było dać znać Golemowi kto stąpa mu po piętach, jednocześnie będąc odpornym na kontrataki planem było wkręcić mu, że mamy zdjęcia jak pije piwo i wyślemy jego tacie wszyscy w szkole wiedzieli, że Golem rzeczywiście popija od czasu do czasu zobrazujcie to sobie - mały chłopaczek i drobna dziewczynka grożą dwa razy większemu chłopakowi prosto w twarz oczywiście - plan nie wypalił w głowie przewijały mi się wszystkie możliwe sytuacje, od spłukiwania w toalecie po łamanie kości starałem się jednak udawać pewnego siebie, byłem przekonany, że Julka wpadnie na jakiś pomysł jednak gdy się odwróciłem, zauważyłem ją schowaną za drzwiami łazienki i stałem tam, sam na sam, ja i mój odwieczny wróg Golem zaczął napierać na mnie chcąc mnie złapać całe życie przeleciało mi przed oczami, a nie było ono za długie próbując zablokować cios Golema, instynktownie podniosłem kolano do góry, utrzymując się na jednej nodze dzięki bogu zrobiłem to w odpowiednim momencie i w wyniku mojej paniki mój przeciwnik już leżał na ziemi oszołomiony ciosem z kolana w brodę wtedy wszyscy wokół zaczęli klaskać i śmiać się na widok płaczącego Golema ja jednak wcale nie byłem szczęśliwy, nie mogłem uwierzyć, że w momencie apogeum naszego starcia Julka zostawiła mnie samego po chwili zobaczyłem ją wybiegającą z toalety, z uśmiechem na twarzy odsłaniającym brakujące mleczne zęby podbiegła i wystawiła rękę jednoznacznie licząc na zwycięską "piątkę" D - "Dlaczego mnie tu zostawiłaś? Mogłem zginąć!" J - "Wcale nie! Wiedziałam, że ci się uda, musiałeś tylko uwierzyć w siebie" D - "Po prostu przyznaj, że się wystraszyłaś i uciekłaś... W końcu jesteś dziewczyną, nie wiem czego się spodziewałem" odszedłem pozostawiając Julkę z pobłażliwą miną, nie wydawała się ona smutna, wręcz przeciwnie, z jakiegoś powodu czuła radość i dumę następnego dnia Golem przeprosił mnie za wszystko co mi zrobił, wytłumaczył, że jego ojciec zajmuje się tylko i wyłącznie pracą, nie ma dla niego czasu i tylko na mnie odreagowywał od tego czasu zacząłem kumplować się z dwa lata starszym chłopakiem imieniem Grzesiek w końcu "każdy potwór ma w sobie trochę z owieczki" zobaczyłem się z Julką i spytałem, dlaczego ona płakała gdy spotkaliśmy się w Grocie odpowiedziała "Mój tata miał wypadek" nagle zbladła po chwili ciszy spytałem "Zostaniesz moją przyjaciółką?" uśmiechnęła się do mnie i pobiegła w stronę klasy
AKT I
lvl 14 przyjaźnię się od dłuższego czasu z Grześkiem właściwie to dzięki niemu stałem się dość popularny w szkole no i oczywiście jest jeszcze Julka jej ojciec zginął w tamtym wypadku zabrał ze sobą czteroosobową rodzinę z nadjeżdżającego zza zakrętu pojazdu od tamtego czasu bardzo się do siebie zbliżyliśmy, spędzaliśmy więcej czasu razem niż samotnie łączyło nas kilka zainteresowań - filmy, podobny rodzaj muzyki mimo wielu różnic, a może właśnie dzięki nim bardzo dobrze się dogadywaliśmy i zawsze mieliśmy jakiś temat do rozmowy w każdej szkole istnieje podział na kilka grup popularni, nerdy, metalowcy itp. itd. my tworzyliśmy swoją własną - we dwoje każdy ze szkoły nas znał, chociaż nic o nas właściwie nie wiedział nazywano nas pobłażliwie "Kochasiami" w pewien piątek wracałem do domu bardzo późno, pomagałem w organizacji dyskoteki szkolnej była zima, bardzo szybko się ściemniało szedłem właśnie aleją, która skraca moją drogę do domu o jakieś 300m rodzice zawsze zabraniali mi tędy chodzić nocą, nie ma tutaj żadnych reflektorów i często nocują tu bezdomni księżyc świecący między budynkami odbijał się w kałużach powstałych po niedawno wytopionym śniegu na budynku po lewej świeci lekką purpurą hotelowy neon pod skórzanymi butami słyszę powolny, harmonijny dźwięk pluskającej wody nagle staje się on dużo szybszy zdałem sobie sprawę, że ktoś za mną biegnie zacząłem biec przed siebie w strachu przed przestrogami rodziców w końcu skręciłem chowając się w wejściu do miejscowej rzeźni stałem odwrócony do ściany, licząc na szczęście cały się trzęsłem nagle poczułem delikatny dotyk na moich plecach oczywiście przestraszyłem się i krzyknąłem jako odpowiedź otrzymałem "Cicho bądź głuptasie!" wtedy zdałem sobie sprawę, że to Julka odwróciłem się do niej i już miałem coś powiedzieć, gdy zasłoniła mi usta delikatną drobną dłonią wyraźnie dając mi znak abym zachował ciszę za jej plecami zauważyłem dwa cienie szybko przemykające przez aleję staliśmy tak około dwóch minut, Julka cały czas trzymała rękę na moich ustach w końcu wyjrzała zza rogu i dała mi znak do wyjścia w drugiej ręce trzymała dużą butelkę szkockiej D - "To ty pijesz?" J - "Jasne, że nie!" - odpowiedziała z cichym śmiechem, jakby nadal bała się, że "cienie" wrócą D - "W takim razie skąd to masz?" J - "Ukradłam" - grymas na jej twarzy ukazywał samouwielbienie i dumę co bardzo mnie zdziwiło D - "Ukradłaś!? Że co?" J - "Nie panikuj, odniosę jutro obiecuję!" J - "Chodziło tylko o odrobinę adrenaliny, rozumiesz prawda?" - powiedziała sarkastycznie, jako że wiedziała, iż nigdy nie byłem ryzykantem J - "Masz zamiar tak tu stać? No chodź, pokażę ci coś!" pobiegłem żwawo za Julką, wyraźnie podekscytowany, zawsze uwielbiałem jej tajemniczość po 30. minutach już staliśmy pod budynkiem szkoły za dziurawą rynną leżała drewniana płyta, która po odsunięciu odsłaniała wybite okno dające dostęp do kotłowni szkolnej Julka odważnie wskoczyła do środka i wyciągnęła w moją stronę rękę z uśmiechem wskoczyłem za nią, po chwili już staliśmy przed "Smoczą Grotą" staliśmy tam dobre pięć minut, wtedy złapała mnie za rękę i przytuliła do ramienia miała na sobie kremowy sweter, czarną spódnicę do kolan i czarną czapkę założoną na uszy w taki sposób aby odsłonić jedynie jasną grzywkę lekko powiewającą przez ciepłe powietrze ze szkolnej wentylacji po chwili gwałtownie wzięła z biurka młotek i zaczęła powiększać wejście do Groty weszła do środka i pociągnęła mnie za rękę usiedliśmy oboje oparci o miękką wykładzinę Julka wyjęła z plecaka świecę i z pomocą zapałek rozpaliła ją rozświetlając małe pomieszczenie oparła głowę o delikatną ścianę, jej oddech uspokoił się, stał się ledwo słyszalny J - "Myślisz, że kiedy nas już tu nie będzie, to czy ktokolwiek będzie za nami tęsknił?" jej głos był spokojny i melodyjny, był cichy ale rozniósł się po kotłowni harmonijnym echem D - "Nie wiem i szczerze mówiąc to nie obchodzi mnie to" J - "Właściwie to mnie chyba też nie..." jej ciemnozielone oczy zaszkliły się, widać było w nich rozmyty blask świecy D - "Ale zawsze możemy liczyć na siebie, prawda?" momentalnie rozpromieniała a na jej twarzy pojawił się stłumiony uśmieszek, jakoby spodziewała się moich słów przez chwilę patrzyliśmy wspólnie w ogień świecy odwróciłem się próbując coś powiedzieć zobaczyłem leżącą spokojnie Julkę, jej oddech był rytmiczny i spokojny - spała przykryłem ją moim płaszczem i zabrałem butelkę whiskey wyszedłem z dziury i odniosłem butelkę do sklepu, przepraszając za to co zrobiłem na szczęście sprzedawca okazał się całkiem miłym facetem wróciłem do szkoły i położyłem się obok Julki po chwili zasypiając
AKT II
lvl 17 wyprowadziłem się do miasta, tak się złożyło, że razem z Julką nowe znajomości, pierwsze inby właśnie na jednej z nich poznałem Natalię wysoka, śliczna brunetka, marzenie każdego faceta w okolicy trochę zacząłem olewać Julkę, w moim domu ciągle przesiadywała pierwsza miłość Julka wydawała się uradowana, że miałem dziewczynę bardzo zmieniła się przez te kilka lat, stała się bardziej skryta i cicha nawet zaczęły się lubić - wspólnie malować paznokcie i inne takie babskie sprawy cieszyłem się, ale w głębi duszy miałem nadzieję na odrobinę zazdrości minęły trzy miesiące a Natalia zamieszkała z nami nasze mieszkanie było całkiem spore, tylko dwa pokoje ale z pokaźną powierzchnią w szkole szło mi świetnie i w dodatku w każdy weekend inby ze śliczną dziewczyną moją osiemnastkę spędziliśmy w trójkę w plenerze, nie chciałem robić z niej imprezy gdy Julka zasnęła przeżyłem swój pierwszy raz z Natalią mijały kolejne tygodnie od czasu do czasu wpadał do nas Grzesiek ale nie będę tracił czasu na opisywanie moich relacji z nim w każdym razie był to mój najlepszy kumpel pewnego razu poszedłem z Grześkiem i Natalią do klubu Julka musiała uczyć się do egzaminu i tak zawsze tylko stała przy barze i wychodziła bardzo szybko typowa imprezowa rutyna lufa, lufa, do łazienki na blanta, kolejna lufa minęło tak z 2 godziny na tańczeniu, ładnie się wkręciłem poznałem jednego Tomka, gadaliśmy sobie o filmach, wydawał się spoko mordeczką z oczu zniknęli mi Grzesiek i Natalia no to idę do łazienki ich poszukać, nawet w damskiej sprawdziłem - nic idę na parking zapalić fajkę no a z mojego samochodu słychać jęki otwieram drzwi a tam Grzesiek pier,doli moją dziewczynę oczywiście tłumaczenie, że to przez alkohol i zioło kazałem im obu spier,dalać do domu wróciłem wkur,wiony jak nigdy, zebrałem rzeczy Natalii i wyrzuciłem przed mieszkanie Julka nawet o nic nie pytała, wyraźnie wyczuła co się stało położyłem się do łóżka całą noc nie mogłem spać późną nocą do mojego pokoju przyszła Julka stanęła przed moim łóżkiem, w długiej koszulce sięgającej jej prawie do kolan z mokrymi, rozpuszczonymi włosami chwilę tak stała i patrzyła na mnie, chyba myśląc, że śpię jej sylwetka była idealnie widoczna w świetle księżyca przebijającym się przez firany po chwili cicho podeszła do łóżka i delikatnie wsunęła pod grubą, ciężką kołdrę przytulając do mojej piersi oczywiście pomyślałem, że to dość jednoznaczne ale nie myślałem o tym za dużo owej nocy po dużej ilości alkoholu obudziłem się wcześnie rano, obudził mnie dźwięk rozbijanej butelki piętro wyżej Julka wciąż spała a spod puchowej kołdry wystawał tylko jej mały nosek objąłem ją delikatnie przez te wszystkie intensywne dla mnie miesiące ona pilnie się uczyła, nigdy mi nie dorównując lecz będąc niewiele gorsza nigdy nie chodziła na imprezy, zawsze wolała ciszę i spokój od facetów również się odganiała jestem też przekonany, że nigdy się nawet nie całowała - mimo niewątpliwej urody może jest lesbijką? Nie - nie ukrywałaby tego przede mną Natalia miała dwóch facetów przede mną, nie była dziewicą gdy zaczęliśmy być razem poczułem się dość wyjątkowo myśląc, że nikt nie zbliżył się do Julki tak bardzo jak ja mimo, że jedynie się czasem przytulaliśmy, to jej ciało należało do mnie tak jak do nikogo innego nigdy wcześniej co ja w ogóle gadam? ona wcale nie jest w moim typie... to po prostu dobra koleżanka muszę jej powiedzieć, że nic z tego nie będzie wyskoczyłem z łóżka, ubrałem się i usiadłem na fotelu stojącym przed łóżkiem na którym wciąż spała Julka po jakiś dwudziestu minutach otworzyła oczy ziewając i przeciągając się niczym kot spojrzała na mnie ze słodkim uśmiechem czułem się okropnie będąc zobligowanym do powiedzenia jej co o nas myślę w końcu w ogóle do siebie nie pasowaliśmy! D - "Słuchaj, powiem prosto z mostu... My nie możemy być razem, ja nie myślę o tobie w ten sposób" na jej twarzy pojawił się grymas zdziwienia a jej oczy zalały się łzami D - "To nie chodzi o to, że czegoś ci brakuje, po prostu... nie pasujemy do siebie, wolę inny typ dziewczyny" mój głos stał się drżący, wręcz histeryczny nawet nic nie odpowiedziała, tylko wybiegła z płaczem ubrała się i wyszła
AKT III
Julka wróciła wtedy bardzo późnym wieczorem, śmierdziała alkoholem, była kompletnie pijana było to do niej bardzo niepodobne, wystraszyłem się położyła się na kanapie i zaczęła śmiać opowiedziała mi o poznanym chłopaku, dała mu swój numer i umówiła się za kilka dni chyba nigdy nie widziałem jej tak szczęśliwej wywołało to u mnie zakłopotanie, trochę mnie to dobiło ale w końcu czego się spodziewałem? Sam tego chciałem następnego wieczora poszedłem trochę odreagować na imprezę do pobliskiego klubu oddalonego zaledwie trzy przecznice od mojego mieszkania poznałem tam Weronikę, była bardzo ładna choć inteligencją nie grzeszyła, ale właściwie to tego było mi trzeba po kilku drinkach i gładkiej gadce była moja mi alkohol jakoś do głowy nie uderzył ale zabrałem ją do mieszkania kazałem jej być cicho, żeby nie obudzić Julki ale była tak pijana, że obijała się o wszystko na swojej drodze wreszcie doszliśmy do mojego łóżka, popchnęła mnie na nie i od razu przeszła do rzeczy jakoś nie sprawiało mi to takiej przyjemności jakiej się spodziewałem... nagle w całym mieszkaniu rozbłysło światło w progu drzwi stała Julka i patrzyła na nas przez chwilę zaczęła się wydzierać, że jest moją dziewczyną i kazała Weronice spier,dalać z naszego mieszkania gdy ta wybiegła z mieszkania całkiem naga Julka zaczęła się głośno śmiać mi wcale nie było do śmiechu D - "Wytłumaczysz mi co to było? Myślisz, że możesz odpie,rdalać takie rzeczy!?" J - "Och daj spokój, znajdziesz sobie kolejną idiotkę" D - "Ha! Ty jesteś po prostu zazdrosna bo wcale mi się nie podobasz a od tylu lat się o to starasz!" D - "Zrozum - MIĘDZY NAMI NIC NIE MA - NIC!" trochę mnie poniosło nie... bardzo mnie poniosło J - "Myślisz, że jesteś lepszy ode mnie? Ja miałam tyle facetów na twoje miejsce, że nawet sobie nie wyobrażasz ty imbecylu!" J - "Ja robiłam tak dużo dla ciebie! Myślisz, że ktokolwiek zna cię tak jak ja? Że ktokolwiek sprawi, że będziesz szczęśliwy tak jak ja bym to zrobiła?" D - "O mnie nie masz co się martwić, ja będę szczęśliwy mogę ci to nawet obiecać!" nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek w taki sposób wybuchła J - "Masz rację... To koniec, mi już też nie zależy, idę do Marcina on chociaż o mnie w ogóle dba" D - "Marcina? Doroszańskiego Marcina? hahaha nie mówisz serio prawda?" J - "O co ci tym razem chodzi, co?" D - "Przecież on jest dilerem, nie mów, że nie wiedziałaś" J - "Wiedziałam ale nie obchodzi mnie to, on jest czuły i zależy mu na mnie" D - "No dalej Julka, nie bądź głupia przecież jemu zależy tylko na tym żeby cię zaliczyć i dobrze o tym wiesz!" J - "I może tego chcę! Tylko ty możesz sobie pozwolić na coś takiego?" D - "Daj spokój... ty nie jesteś taka. Przepraszam okej? Nie chciałem cię zdenerwować... Usiądźmy i pogadajmy na spokojnie" J - "Dobre mi sobie!" wybiegła z mieszkania z hukiem, byłem strasznie wkur,wiony wyjąłem z lodówki butelkę tequilli i usiadłem przed telewizorem minęły jakieś dwie godziny, było późno, zacząłem się martwić z głowy nie mogłem wyrzucić obrazu jej kochającej się z tym prostakiem co ja odje,bałem!? przecież zawsze mi na niej zależało! Zawsze ją kocha... czy ja? tak tak! Zawsze ją kochałem! Kur,wa mać co ja zrobiłem! moje serce przepełniła zazdrość i strach mimo, że ledwo stałem na nogach to wsiadłem do samochodu zadzwoniłem do Grześka on gdy tylko odebrał zaczął mnie przepraszać i pytał co się stało ja tylko spytałem o adres Marcina i rozłączyłem się minęło może 10 minut i już stałem przed blokiem, w którym mieszka Marcin wszedłem na trzecie piętro i stanąłem przed mieszkaniem nr. 7 w powietrzu czuć było zapach marihuany i alkoholu wziąłem głęboki oddech i zapukałem energicznie do drzwi otworzył Marcin, jego oczy były całe czerwone, ewidentnie był cholernie naćpany za jego plecami zobaczyłem Julkę, w samej bieliźnie, z strzykawką na stole moje serce na chwilę kompletnie stanęło powodując przeszywający ból w piersi wbiegłem do środka, delikatnie złapałem za szyję Julki próbując wyczuć tętno było bardzo słabe, a może wcale nie jest tak źle? Może to tylko alkohol uderza mi do głowy? w każdym razie muszę jej pomóc! wyjąłem z kieszeni telefon drżącymi rękoma wystukałem 112 po słowach "Potrzebuję karetki na ulicę..." poczułem pistolet przy skroni i usłyszałem "odłóż ten telefon skurwielu" zrozumiałe - zaraz wpadłaby tu policja i Marcin poszedłby siedzieć odwróciłem się do niego twarzą, spojrzałem prosto w oczy z pogardą na jego twarzy zobaczyłem uśmiech, pogardliwy kur,wa uśmiech jakby ze mnie kpił złapałem za jego ręce i podniosłem w taki sposób, że pistolet był skierowany ku górze jednak Marcin, dobrze zbudowany był silniejszy ode mnie po chwili przepychanki słychać wystrzał oboje upadliśmy na ziemię nie poczułem żadnego bólu szybko zacząłem obmacywać każdą część swojego ciała w panice szukając dziury od kul Marcin robił to samo Ha! Nic mi nie jest! ale Marcin też jest cały gdzie jest kula? nie potrzebowałem długiego czasu na odpowiedź odwróciłem się i zobaczyłem kanapę powoli zalewającą się krwią a w brzuchu Julki dziurę od kuli to co wtedy poczułem nie może zostać opisane słowami uczucie utraty ukochanej osoby przez własną arogancję i głupotę szybko wziąłem ją na ręce i pobiegłem do samochodu moje oczy były ciągle pełne łez, jechałem jak szalony nie raz mijając czerwone światła wreszcie dojechałem cały brzuch Julki był we krwi a na fotelu powstała jaskrawa kałuża szybko wbiegłem do szpitala wołając histerycznie o pomoc po chwili widziałem jak wieźli Julkę na salę operacyjną
AKT IV
minęła godzina, lekarze skończyli operować pielęgniarka powiedziała mi, że Julka jest w stanie krytycznym i jutro dowiemy się czy będą potrzebne kolejne operacje spojrzałem na nią leżącą w łóżku szpitalnym była spokojna, spała dokładnie ją obejrzałem duże czoło, krótkie nogi, lekko wykrzywiony nosek wszystkie wady jakie wcześniej zauważałem przemieniły się w odchylenia od ideału, kosmetyczne błędy popełnione przy kreacji anioła położyłem się obok głaszcząc jej miodowe włosy dużo myślałem o tym co przeszliśmy razem, o tym, że nigdy nie byłem sam dzięki niej o tym, jak ją potraktowałem i gdzie nas to doprowadziło po kilku minutach obudziła się otwierając duże zmęczone, zielone oczka i patrząc na mnie zadziwiona D - "Cześć" zacząłem śmiać się przez łzy D - "Jak się czujesz?" J - "Bywało lepiej" J - "Przepraszam... To wszystko moja wina!" D - "Nie przepraszaj! To wcale nie twoja wina, tylko i wyłącznie moja i to ja bardzo przepraszam" D - "Kocham cię, mała, na prawdę. Nie wiem dlaczego nie mogłem się do tego przyznać" objęła mnie i pocałowała w policzek D - "Wszystko już będzie dobrze. Pamiętasz co planowaliśmy? Ty będziesz aktorką a..." J - "... a ty prezydentem, tak pamiętam. Zamieszkamy na wsi i będziemy produkować bimber a potem umrzemy w wieku 80 lat jako szczęśliwi staruszkowie" D - "Ale my byliśmy naiwni jak to wszystko wymyślaliśmy!" J - "Wcale nie! Jeszcze nam się uda zobaczysz!" D - "Nie o to chodzi! Dużo lepiej byłoby hodować zioło!" na twarzy Julki pojawił się szeroki uśmiech patrzyliśmy na siebie przez długi czas wtedy pierwszy raz ją pocałowałem przytuliła się do mnie mocno i zasnęła byłem tak szczęśliwy, że chciałem zacząć krzyczeć chyba przez dwadzieścia minut śmiałem się do samego siebie wtedy zasnąłem Julka zmarła tej nocy w wyniku obrażeń wewnętrznych gdy się obudziłem w jej drobnej, zimnej rączce znalazłem pogięte zdjęcie to było nasze pierwsze wspólne zdjęcie po zamieszkaniu razem na odwrocie napisała:
"Wiem, że będziesz teraz załamany ale nie ma o co się martwić wyjdź teraz ze szpitala, pójdź do sklepu, ukradnij najdroższą butelkę szkockiej jaką znajdziesz. Teraz przyjdź do szkoły, przytul się do miękkiej wykładziny i podaj mi mały palec. I bądź szczęśliwy - obiecałeś mi to! "
submitted by Arald98 to JBwA_SekcjaPast [link] [comments]


2016.09.21 17:07 SoleWanderer Bezdomny ochroniarz na służbie za 3.50 - wyborcza

Ochroniarz z Katowic nie dostał wypłaty, więc z fontanny wyciągnął 3 zł na jedzenie. I za to wyleciał.
http://wyborcza.pl/duzyformat/1,127290,20690992,bezdomny-ochroniarz-na-sluzbie-za-3-50.html
Wrocław. Deszczówka zbiera się w słoiku. Krople gaszą Jankowi papierosa skręconego z gazety. Chowamy się do betonowej budy, w której śpią razem z Zośką. Ogródki działkowe na Oporowie spowija zasłona wody.
Janek jedzie do pracy. Przez 72 godziny będzie ochraniał teren, na którym buduje się politechnika. Za każdą z godzin dostanie 3 zł i 70 gr.
Bunt w ogródku. Dlaczego wyrzuca się ludzi mieszkających na działkach?
Myj się w strumyku
Poznań. Lato 2013 roku, agencja TG Security Group werbuje ludzi do pracy w schronisku dla bezdomnych w podpoznańskich Borówkach. "Zakres obowiązków - dozorowanie, umowa - zlecenie, liczba godzin pracy - 40". Ktoś się zgłasza, przyjmują go, anonsuje innych.
Na rozmowę idzie Włodzimierz Knasiecki, były pracownik ambulansu pocztowego, na rencie, od dwóch lat bezdomny. O nic go nie pytają.
Na ulicy znalazł się w 2011 roku. Wcześniej mieszkał z ojcem, z zawodu rzeźnikiem. Na dwupokojowe mieszkanie na Wildzie czekają w PRL-u 10 lat. Po maturze Włodek chce iść na studia, ale u matki wykrywają raka. Musi zarabiać. Zostaje kurierem, jeździ ambulansem pocztowym. Najczęściej do Krakowa. Trochę baluje, ale większość pieniędzy oddaje matce. W czasie rozładunku przesyłek doznaje urazu kręgosłupa - trafia do szpitala, przerzucają go na magazyn. Ale tu też musi nosić paczki. Nie jest w stanie dalej pracować - dostaje rentę. Ojciec nie wykupuje mieszkania na własność, jest głównym najemcą. Po jego śmierci czynsz wzrasta trzykrotnie - do ponad 800 zł. Włodkowi nie starcza 700 zł renty, wpada w pętlę zadłużenia i ląduje na ulicy.
Włodzimierz jest na początku zadowolony z pracy. Pilnuje budowy, firma płaci w miarę regularnie. Wynajmuje pokój na osiedlu Batorego i opuszcza schronisko dla bezdomnych. W kwietniu 2014 roku słyszy, że w Poznaniu nie ma już roboty, i musi jechać na Kaszuby. Przez trzy tygodnie ma pilnować budowy rurociągu, aż znajdą kogoś innego. Robi się z tego ponad pół roku.
Nie ma internetu, więc nie czyta komentarzy z sieci: "Warunki pracy w tej firmie przerażają mnie. Chronię maszyny za 5 zł na godzinę. Siedzę w przyczepce, w której nie ma prądu, wody". "Jedno wielkie gówno, kary za wszystko, zero wypłaty". "Jednemu ochroniarzowi kazali pilnować pustego placu na drewnianej ławce przez 24 godziny".
Budowa jest w okolicy Lęborka. Pilnuje koparek i spychaczy, kiedy zjeżdżają do bazy po pracy. Maszyny stoją na łące, kilka kilometrów za wsią. Nie ma płotu, alarmu, oświetlenia. Stróżówka to kempingowa przyczepa na dwóch kółkach. W środku - butla z gazem i polowe łóżko. Nie ma toalet, prądu, wody. Gdzie ma się umyć? Pokazują strumyk na łące. Gdzie ma się załatwiać? Pokazują krzaki. Żeby naładować telefon, idzie kilka kilometrów do sklepu. Telefon musi mieć zawsze naładowany, bo dzwonią i sprawdzają, czy pilnuje. W nocy stróżuje w przyczepie, a śpi w niej w dzień. Potem przerzucają go do kolejnych wsi. Dwa razy w miesiącu przyjeżdża pracownik z alkomatem. Za picie można dostać 300-500 zł kary. Kara jest też za brudny mundur. Po kontroli podpisuje oświadczenie, że zgadza się z wynikiem badania alkomatem. Czasem przechodzi kilka badań z rzędu: po południu, przed północą, po północy.
Wyliczył, że winni są mu kilka tysięcy. Płacą 500, 600 zł, choć pracuje dwa razy tyle. Kiedy nie ma za co żyć, pomagają mu Kaszubi. Sprzedają taniej chleb i ładują komórkę.
Ma rentę, ale komornik ściąga z niej 150 zł za jazdy na gapę, kiedy był bezdomny, bank odciąga kredytowe raty. Zostaje 450 zł. Ile może, przesyła właścicielce pokoju. Prosi firmę o zaliczkę na mieszkanie i podaje adres właścicielki. Kobieta dwa razy zjawia się w firmie po pieniądze: po awanturze dostaje raz 650 zł, drugi raz 800 zł.
Godziny i nadgodziny notuje w notesie: 7 grudnia - 24 godziny. 8 grudnia - 13 godzin.
9 grudnia wody podziemne zalewają budowę. Firma się zwija.
Z Poznania przyjeżdża do niego osobiście szef spółki i były ochroniarz- Mariusz Hemmerling. Elegancki, w dobrym aucie. Każe wracać do Poznania pociągiem, choć ma wolne miejsce w aucie.
Włodek jedzie: najpierw autobusem do Lęborka, z Lęborka do Gdańska, a w Gdańsku wsiada w pociąg do Poznania. O 5 nad ranem jest w Poznaniu, o 9 dzwoni telefon, że za chwilę zaczyna kolejną pracę. Stróżuje w Środzie Wielkopolskiej, pod Słubicami i w podpoznańskich Sadach. W tej samej przyczepie kempingowej. W Wigilię kończy się gaz, kierownik mówi, że przywiozą mu dopiero po świętach.
Od Bożego Narodzenia do Nowego Roku pracuje po 24 godziny dziennie.
1 stycznia przestaje wierzyć, że cokolwiek się zmieni. Wraca do Poznania.
W siedzibie TG Group Security składa wymówienie i prosi o zwrot pieniędzy. Dają do podpisania oświadczenie, że zrzeka się roszczeń; odmawia.
Kornelia, streetworkerka, radzi, żeby poszedł do sądu. Jedzie do Państwowej Inspekcji Pracy i pisze pozew. Sąd podlicza, że Knasiecki spędził od kwietnia do stycznia 3305 godzin na budowie. W przeliczeniu - 4 zł netto za godzinę - wychodzi 15 tys. 432 zł. Po odliczeniu zaliczek firma jest winna Knasieckiemu - 9 tys. 522 zł. Ale kiedy Włodzimierz wygrywa proces, firmy już nie ma.
O godność 250 tys. pracowników ochrony w Polsce
3 zł z fontanny na chleb
Wrocław. Janek z ogródków na Oporowie wylicza, gdzie ochraniał: Martold, Wolf, grupa ALFA, Kompleks. Najgorzej było w Wolfie (3,50), po godzinach kazali odśnieżać 300 metrów parkingu. Teraz na czarno, nie powie gdzie. 340 godzin w miesiącu po 3,70, ale obiecali, że jak się postara, to dostanie piątaka. Sam wolał na czarno, bo ma komornika - 15 tys. za alimenty. Zarzeka się, że chciałby spłacić, ale jak weźmie umowę-zlecenie, to z wypłaty nic mu nie zostanie. Wszystko zabiorą alimenty.
Solidarność alimenciarzy. Mój ojciec nie płacił, mój szef nie płaci, ja też nie zapłacę!
Więcej, mówi Janek, niż w ochronie da się wyciągnąć na złomie. Jednak zimę trzeba gdzieś przeczekać, a w schronisku, jeśli pracujesz, zostawiają ci tylko stówę z wypłaty. Schroniskowa fala też potrafi dokopać.
A w ochronie, jak się ma szczęście, to jest czajnik i rosołek zjesz. Janek przyznaje: czasem się też łyknie, ale trzeba z głową. Za jedno, dwa piwa od razu nie zwolnią, raczej każą zmienić obiekt. - Szajs i wegetacja, bezapelacyjnie - mówi. - Kurde, ja bym sobie coś wynajął, a co mogę za 3,70? Nie zdechnąć. Patrz, mam tu dziewczynę - przytula Zośkę, która marznie od deszczu i wyciera nos w rękaw. - Zabrałbym ją do kina, ale dwa bilety po 25 zł to 15 godzin pracy. Wiesz, że ona nigdy w życiu w kinie nie była?
Tak właśnie, będziemy mówić o tych na samym dole.
5,5 tys. koncesji firm ochroniarskich, około 300 tys. pracujących w ochronie. Na górze - ochrona z licencjami, pracownicy patroli, konwojów, obstawa VIP. To niewielka część. Schodzimy niżej, dalej są obiekty "z listy wojewody", pilnowanie ważnych budynków, jednostek wojskowych. A na samym dnie - to jest większość, 150-200 tys. ludzi - pilnujący budów, osiedli, instytucji publicznych. Najgorzej płatna branża w Polsce. Studenci, renciści, emeryci, niepełnosprawni, bezdomni. Bez umów o pracę, bez ubezpieczenia. Z długami, z komornikiem, z alimentami, brudnymi kredytami. Niewyspani, poniżani. Próbujący przeżyć za 5 zł za godzinę, za 4,70, za 3,50, za 2,70. Pracują 300, 400, 500 godzin w miesiącu.
Niewolnik do wynajęcia
Jak ten w Bolechowie, który siedzi w rozsypującej się budce z trzech płyt pilśniowych na całodobowych dyżurach. Jak Zygmunt z Wrocławia, który pracuje 500 godzin w miesiącu (na budowie praktycznie zamieszkał). Jak tamten z Katowic, który nie dostał wypłaty, więc z fontanny w centrum handlowym, którego pilnował, wyciągnął sobie 3 zł na jedzenie (i za to go zwolniono).
Siedzimy z Jankiem, Zośką i Romanem na ławce w parku, gdzie zawsze sobie siedzą i palą papierosy z gazety.
Roman, kolega Janka, zaliczył ekonomię, zanim ekonomia przygniotła Romana. Zanim trafił do ochrony, w latach 90. studiował na Akademii Ekonomicznej (dziś Uniwersytet Ekonomiczny), potem trzy lata w dziale sprzedaży Toshiby. Wyjechał do Anglii, przez dekadę był kucharzem, szefem kuchni w knajpie od burgerów. W koledżu na lekcjach angielskiego poznał żonę, mieli dom, dziecko. - I narobiłem głupot. Żona chciała rozwodu. Wróciłem do Polski, ale nie chcieli mnie w sprzedaży ani w kuchni, więc poszedłem do ochrony - opowiada.
Pierwsza robota - Nord-Wacht, 29 kamer skierowanych na trzy biurowce.
W Stabilu pilnował parkingu (4 zł). Potem za pieniądze sprawdzał śmietniki, czy ludzie segregują (jeśli nie, trzeba poprzekładać). Od śmietnika do śmietnika jeździł na rowerze. Teraz znowu idzie do ochrony, ma dziś rozmowę o pracę.
Równiej. Co właściwie zrobił Piketty?
Śmierć ochroniarza
Warszawa. Puk, puk w szybę. Rysiek naciska brzęczący guzik. Siedzimy w pokoju ochrony na eleganckim osiedlu, które właśnie oddawane jest do użytku. Rysiek miesza herbatę i opowiada, że w Warszawie jest tak samo: ze schroniska na Wolskiej agencje ochrony wyciągają bezdomnych. Rysiek ma dom i nawet samochód, tylko nie ma życia. W PRL-u był taksówkarzem, wyjechał do Szwecji, wrócił w 1990 roku i załapał się do jednej z pierwszych firm ochroniarskich w Polsce, wtedy brzmiało to dobrze.
Rysiek: - Defendor, jeszcze nie weszły przepisy o ochronie, a oni byli krok do przodu, wiedzieli, o czym będzie się mówić w Sejmie. Łyknęli zlecenia na stacje benzynowe. Woziłem kasę w konwoju, ale zwolnili mnie, bo miałem pretensje o procedury bezpieczeństwa. Miałem, bo wróciłem raz z dziurą po kuli w błotniku. Potem był boom, agencji się namnożyło, gigantyczne pieniądze. Każdy wiedział, że nocami na tramwaju wodnym w Warszawie, bo to dyskretne i ciche miejsce, szły kontrakty i lewe walizeczki z kasą. No, tylko ochroniarze dostawali coraz mniej. Pracowałem w Juwentusie, pilnowałem osiedla: dwie agencje towarzyskie, dwie firmy przewozowe, basen, przedszkole, parking, kort tenisowy. 3,40 na rękę za godzinę. Na drodze pożarowej stawały samochody, trzeba było wzywać policję. Nie do wszystkich - prezes dał mi kilka numerów rejestracyjnych. Nie miałem farta. Policja wypisała mandaty, o 2 w nocy wchodzi blondynka w czerwonej sukience i daje mandat: pan zapłaci albo pan nie pracuje. Samochód dostała od męża na 40. urodziny. Nie zapłaciłem, to szef wysłał mnie na urlop, a potem zwolnił, bo tamta kobieta nie czuła się komfortowo, gdy mijała mnie w budce. Poszedłem ochraniać budowę. Miałem zadanie: przy wejściu badać Ukraińców alkomatem. Na sąsiedniej budowie spadł chłopak. Wszyscy u nas wiedzieli, że przebrali go tam w ciuchy cywilne i zrobili wtargnięcie, no bo pracował na czarno - opowiada. - Ale teraz jestem sprytny! - doda zaraz. Ma dwie prace - w jednej ochrania za 6 zł za godzinę, w drugiej za 5,50.
Na stole obok herbaty kładzie zapełnione drobnym maczkiem grafiki dyżurów.
Ta liczba na początku niewiele powie, przyda się matematyka. Iloraz z 520 podzielonych na 24 godziny da prawie 22 doby w miesiącu wypełnione tylko pracą. Albo prawie 17 godzin dziennie wypełnionych pracą. W pozostałych siedmiu godzinach Rysiek musi zmieścić wszystko inne: sen, rozmowę z synem, prysznic, zakupy. W tym roku udało mu się wyjechać na wakacje, nagimnastykował się, żeby dostać wolne okienko w dwóch firmach.
Rysiek: - Nie ma życia! W kwietniu zostałem dziadkiem, widziałem wnuka dwa razy. Zrobili z nas niewolników. Z nas wszystkich: kasjerek, sprzątaczek, ochroniarzy, ludzi od wywozu gówna. Nas nie stać, żeby nie pracować. Nawet za półdarmo. Przyjdziemy zawsze, umęczeni, chorzy. Wiesz, miałem kolegów, co zeszli na służbie. Do pracy pisze się tylko oświadczenie, że jest się zdrowym, badań nikt nie robi. Jeden wyglądał na siedemdziesiątkę, a miał trzydzieści kilka. Zszedł na kiblu w pracy, z wycieńczenia.
Rysiek radzi, żeby poczytać gazety i zwrócić uwagę na nagłówki: "śmierć ochroniarza", "ochroniarz wpadł do zbiornika", "ochroniarz zmarł na służbie z powodu zatoru...", "ochroniarz popełnił samobójstwo ze służbowej broni...".
Rysiek: - Jeszcze dwóch innych znałem, co padli. Bo taka jest prawda: padamy.
Już nie czuję, że śmierdzę. Obieranie cebuli na czarno w Wielkopolsce
Grupa inwalidzka mile widziana
Wrocław. Całe szczęście, że Cezary jest niepełnosprawny.
Ma grupę inwalidzką i dlatego każda firma ochroniarska przyjmie go z wielką radością.
Za niepełnosprawnego firma dostanie dotację z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych i dzięki temu często będzie miała pracownika za darmo. Agencje ochrony zatrudniają więc niepełnosprawnych masowo, na wszystkie stanowiska, zdarza się, że nawet jeśli ktoś ma problemy ze wzrokiem i nogami, to pilnuje supermarketu na linii kas. Im więcej schorzeń, tym lepiej. Co roku z budżetu płynie do firm ochroniarskim około miliarda złotych. Kontrole NIK wykazywały, że pieniądze są wykorzystywane niezgodnie z prawem - zamiast aktywizować niepełnosprawnych używa się ich do dofinansowywania działalności gospodarczej.
Sławomir Wagner, Polska Izba Ochrony: - Jak pieniądze leżą na ulicy, to głupio nie sięgnąć.
Marcin Pyclik, agencja Konwój: - Tak, zatrudniam niepełnosprawnych, ale na stanowiska, które mogą wykonywać, nie traktuję ich jak zysku dla firmy. Ale wiem, jak jest: wygramy przetarg trzema niepełnosprawnymi, trzeba sobie takich znaleźć.
Jak szybko znaleźć? Daje się ogłoszenie: ochrona 16 zł za godzinę. Nikt tyle nie zapłaci, ale zgłoszą się tłumy i łatwo można uzbierać bazę numerów osób z grupą inwalidzką.
Ogłoszenia o pracy: "Przyjmiemy najchętniej z grupą inwalidzką". Ochroniarze mawiają: zamiast załatwiać sobie licencje, załatw lepiej grupę.
Janek z Wrocławia, bezdomny: - Szefowa zobaczyła wypis ze szpitala, że mam zanik nerwu wzrokowego: Janeczku, wspaniale, proszę to załatwić!
Krzysztof Witulski, magazyn "Ochroniarz":
Cezary: - Ale nawet jak masz grupę, to walą cię na kasę. W agencji Kompleks ochranialiśmy przedszkole. Po trzech miesiącach umowa-zlecenie. W agencji V88 chroniłem budowy. Przyjeżdża koordynatorka, umowa-zlecenie za złotówkę w nadgodzinach. "Taka potrzeba firmy, panie Cezary". W Piaście, wypożyczalnia maszyn budowlanych, zamykałem się w środku, było spanko. Ale firma wygrała przetarg na duże magazyny i pilnie potrzebowali ludzi. Koordynator mówi, że będę tam robił obchody, półtora kilometra w pół godziny. A ja mam grupę inwalidzką właśnie ze względu na nogi - mówi.
Kilkanaście lat wcześniej: Czarek pracuje w policyjnej prewencji. Małżeństwo wisi na włosku, odszedł. Teraz mu się tamta praca przypomina.
Ten trup się nie liczy. Tropimy policyjne statystyki
ZUS chronimy za 5 zł
Wrocław. Zośka, dziewczyna Janka z ogródków na Oporowie, też zaczęła wczoraj pracować w ochronie, Janek załatwił. Było trochę na opak: najpierw do pracy na 12 godzin, a potem na rozmowę kwalifikacyjną. Poprosili o dowód, ale zgubiła, więc sama podała nazwisko i PESEL. Zatrudniona. 4,80, na czarno, a jakby chciała na biało, to 3,50. Zośka trochę się martwi, bo w miejscu, którego pilnuje, nie ma bieżącej wody ani toalety, niby są krzaki, ale niskie, a zaraz domy. - To sobie wymyśliłam tak: wzięłam folię i na tę folię się załatwiłam. Zawinęłam i wyrzuciłam do śmieci.
Janek dalej pilnuje terenu, gdzie politechnika kończy budowę hali sportowej, a dalej są laboratoria.
Agnieszka Niczewska, rzeczniczka PWr przesyła dane, z których wynika, że ochroniarze na politechnice zarabiają godziwie: - Tamten teren przekazaliśmy teren w sierpniu ubiegłego roku generalnemu wykonawcy (Moris Polska) i to on odpowiadał za wszelkie prowadzone prace, także ochronę.
Firmy budowlane zrzucają winę na agencje ochrony: powinny przecież odpowiadać za swojego pracownika i za to, jakie ma warunki. Agencje - na klienta.
Sławomir Wagner, prezes Polskiej Izby Ochrony:
Tak jest zawsze, nie znajdzie się odpowiedzialnego za to, że Zośka pracuje za 3,50, a jej toaletą jest kawałek brudnej folii.
Najgorzej, tak mówią ochroniarze, jest w instytucjach publicznych. To pokłosie "taniego państwa" - najważniejszym kryterium przetargów miała być cena, choć dwa lata temu wprowadzono klauzule społeczne, mało gdzie się tego pilnuje.
Rysiek z Warszawy ma kolegę, który stoi w budynku ZUS. - Za 5 zł, ale wolałbym nie rozmawiać w ogóle, bo ja wolę mieć te 5 zł, niż nie mieć - mówi, kiedy do niego dzwonimy.
Tanie państwo bije w twarz
W przetargu krakowskiego pogotowia (najważniejszym kryterium cena) wygrała firma za 5,32 na godzinę, po odjęciu za uniform i krótkofalówkę ochroniarz dostał 4 zł. Wojewódzki Ośrodek Ruchu Drogowego w Toruniu wycenił ochronę na 5,95 za godzinę. Sąd Rejonowy w Legnicy - na 5,79.
Kilka miesięcy temu wrocławska Partia Razem przepytywała z zarobków i zatrudnienia ochroniarzy, szatniarki i sprzątaczki na wrocławskich uczelniach.
Waldemar Mazur z Razem: - W większości przetargów UWr (zazwyczaj po 90 proc. i więcej) decydowała cena. Wygrywały oferty najtańsze, a najłatwiej ściąć cenę kosztem pensji pracowników. Odwiedziliśmy wszystkie wydziały, a na nich większość instytutów i katedr. Uzbieraliśmy 50 ankiet, niewiele, bo część pracowników bała się rozmawiać. Szczególnie złe warunki zatrudnienia były na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii. W gorszej sytuacji od pracujących w ochronie były szatniarki i sprzątaczki.
W marcu Razem napisało list otwarty do władz wrocławskich uczelni. - Zostaliśmy zignorowani. Po dwóch tygodniach pokusiłem się o telefony do rektorów UWr i PWr, ale odbiłem się od rzeczników. Zasłaniali się gorącym okresem wyborczym. Na uwagę, że może to moment, kiedy warto się nad problemem pochylić, odpowiedzieli, że nie są to priorytety, z jakimi mierzą się obecnie wrocławskie uczelnie.
Agnieszka Niczewska, rzeczniczka PWr: - List otwarty nie dotyczył żadnej konkretnej sprawy, był apelem. Partia wysłała go na ogólny adres kancelarii rektora, nie można więc uznać go za list do rektora politechniki.
Michał Kulczycki, szef "Solidarności" Pracowników Ochrony, Cateringu i Sprzątania, razem ze współpracownikami wiosną odwiedzał budynki polskich ministerstw i pytał ochroniarzy. Przesyła nam tabelki - w Ministerstwie Finansów (Argus) stawka to 7,30, brak pomieszczenia socjalnego i problemy z umundurowaniem. W Ministerstwie Kultury (CD BIS) 6,50, pracownicy skarżą się na złe warunki. W Ministerstwie Nauki (Basma Security) stawka to 5 zł (obiecano nowy przetarg).
Rysiek: - Pojechałem kiedyś do Państwowej Inspekcji Pracy na ulicę Zielonego Dębu poskarżyć na agencję Kompleks. Patrzę, a PIP ochrania właśnie Kompleks. No, kurde! Zainteresowałem się. Przetarg wygrali na 8,50 zł brutto. Ile dostali ochroniarze? 3,50.
Razem. Pięć minut sławy i co dalej
Jędrek Security, Jędrek Monitoring
Przyczepa kempingowa w środku łąki bez wody, toalety, prądu.
Marcin Pyclik, agencja Konwój: - Nie ma przymusu brać tanich zleceń. Ja uważam, że my, agencje ochrony, jesteśmy sobie winni. Sami psujemy sobie rynek. W przetargu 10 zł, pełny serwis z kamerami, na stronach zdjęcia wysportowanych ludzi w dobrym sprzęcie, a to pic na wodę, bo czasem firma nawet mundurów dla tych ludzi nie ma. Klienci nie weryfikują. Jest tak: jedni udają, że chronią, a drudzy płacą za tę ochronę.
Michał Kulczycki, "Solidarność": - Umowy o pracę zamienili na zlecenia, potem na dwa równoległe zlecenia, wydłużają okresy rozliczeniowe. Ochroniarze odśnieżają i strzygą trawę, bo mniej zapłacić się już nie da.
Cezary z Wrocławia: - Pierwszą umowę daje się na 50 zł za roznoszenie ulotek, a drugą, że w ochronie. Ale to od tej 50 zł jest odprowadzany ZUS. Tam, gdzie pracuję, Juwentus robi ludziom wypłatę co dwa miesiące, dzięki temu ZUS płacą tylko sześć razy w roku.
Taka jest potrzeba firmy, mówią. Rynek tak ustalił.
Od 1 stycznia wchodzi minimalna stawka godzinowa 12 zł.
Cezary z Wrocławia: - W agencjach słyszę płacz. Szef: panie kochany, co oni z nami, kurwa, robią. Potem odjeżdża mitsubishi pajero, a my aż zaciskamy pięści. Godzinowa ma powstrzymać patologie, jak te w agencjach ochrony. Czy powstrzyma?
Marcin Pyclik, Konwój: - Są już sposoby. Pracownik dostanie 12 zł, ale odda kilka złotych za wynajęcie munduru i wyposażenia, nadal będzie zarabiał mniej.
Krzysztof Witulski, magazyn "Ochroniarz": - Szybko się przepoczwarzą. Podstawą do zabrania koncesji jest grubość blach na drzwiach magazynu z bronią, ale nie oszukiwanie pracowników. Firma ma wiele koncesji, potem, jak są kłopoty, to zamiast Jędrek Security jest w zapasie Jędrek Group albo Jędrek Monitoring pod tym samym logo i na nie przepisuje się kontrakty. Agencje ochrony powstały nie po to, żeby chronić, ale żeby przynosić zysk. Nie znam przypadku, żeby firma zniknęła z rynku, bo robiła przekręty.
Sławomir Wagner, prezes Polskiej Izby Ochrony, nawet chciałby, by pracownikom było lepiej, choć może wyglądać to niewiarygodnie, bo do tej pory ze wszystkimi zmianami (ZUS, stawka godzinowa) walczył. Tak właśnie mówi: walczyliśmy, poszliśmy walczyć, walczyliśmy długo. - Bo za szybkie zmiany to nieszczęście. Klient się musi dostosować i znaleźć pieniądze. Czy nie można tej godzinowej najpierw od 9 zł? Przecież niektóre firmy mają 70 proc. pracowników na umowy-zlecenia. To są oficjalne dane giganta - Konsalnetu. Nie jesteśmy przeciwni zmianom, bo to metoda ucywilizowania rynku, ale powoli. Teraz wiele firm zacznie zatrudniać na czarno, a najwięksi zlikwidują stanowiska, dopóki klient nie przyzwyczai się do nowych stawek. A przecież ochrona jest potrzebna: magazyny, osiedla...
Prekariat. Wyklęty lud ziemi, o jakim Marksowi się nie śniło
Ochroniarz czyta Konfucjusza
Wrocław. Ekonomiście Romanowi obiecali dziś w ochronie 5 zł za godzinę, ale koledzy mówią, że tylko przez telefon brzmi tak fantastycznie, w rzeczywistości będzie 4,70.
Poznań. Sprawę bezdomnego Włodka, który wygrał w sądzie z agencją ochrony, przejmuje komornik. Pisze, że postępowanie egzekucyjne jest bezskuteczne: dłużnik nie posiada majątku, rachunku bankowego, nie figuruje w ewidencji urzędu skarbowego, nie ma zarządu. Kwoty nie można ściągnąć z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń, bo sprawa toczy się przed sądem cywilnym, a nie pracy. Dlaczego? Bo Włodek nie miał umowy o pracę, pracował na zlecenia. Jedzie do głównej siedziby TG Group Security, ale mieści się tam już inna firma - TG Security. Ten sam telefon, prawie to samo logo. Włodek widzi przed firmą Hemmerlinga.
Też pytamy TG Security: co z wynagrodzeniem dla Włodka? Każą wysłać e-maila.
"TG Security nigdy nie zawierało umowy z Panem Włodzimierzem Knasieckim. Z informacji, które posiadamy, ten pan był pracownikiem naszego podwykonawcy, z którym nasza spółka zakończyła współpracę ponad rok temu" - odpisują.
Marek Przywecki, komornik, który próbuje odzyskać pieniądze Włodzimierza:
Dzwoni Mariusz Hemmerling: - Tej firmy nie ma, sprzedałem ją. Ochroniarz zrzekł się wypłaty, będę się odwoływał od wyroku. Przyznaję, że warunki były fatalne. PIP dał za to inwestorowi karę i nas też ukarano.
Agnieszka Mróz z Inicjatywy Pracowniczej uważa, że wyzysk nakręcają w Polsce urzędy pracy oraz instytucje zatrudniane przez samorządy do aktywizacji bezrobotnych: - Wypychają ludzi na śmieciówki, poprawiają sobie statystyki. Nie ma to nic wspólnego z aktywizacją, to tylko na papierze. Nikt się nie zastanawia, co się dzieje potem z tymi ludźmi, nie śledzi ich losów. Nie dostają narzędzi, by utrzymać się na rynku. Większość z nich wraca w to samo miejsce - na ulicę. Gdzie ta prosta, na którą miał wyjść Włodzimierz Knasiecki?
Włodek jest winny właścicielce za pokój już 6 tys. Nie chce wracać na ulicę. Po Kaszubach roznosił przesyłki, zarabiał 300 zł miesięcznie. Teraz znów pracuje jako ochroniarz. Jak długo? Nie myśli o tym.
Warszawa. Kiedy Rysiek nudzi się w pracy, czyta sobie Konfucjusza. Podobały mu się zwłaszcza myśli o chciwości, że jeden chciwy cały świat pogrąży w nicości. I jeszcze: "W podeszłym wieku, gdy krew stygnie, a duchy żywotne słabną, chciwości się wystrzegaj".
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2016.09.13 11:42 ben13022 Tylko frajerzy wierzą w demokrację. Ziemowit Szczerek podróżuje po Rosji.

Geopolityka przeżywa swój renesans - można zacząć się martwić o losy świata. W Rosji zieje z każdej strony. Artykuł dostępny tylko dla prenumeratorów cyfrowej Wyborczej Jadę z Sankt Petersburga na południe, do Nowogrodu Wielkiego. Dawnej stolicy nowogrodzkiej Rusi, kupieckiego państwa, które w obiegowej opinii robi za coś w rodzaju rosyjskich demokratycznych Aten - zakładając, że Moskwa to zamordystyczna, wojskolubna Sparta.
"Co by było, gdyby to Nowogród zjednoczył Ruś, a nie Moskwa?" - to jeden z ulubionych rosyjskich tematów rozważań "co by było, gdyby". Coś jak polskie "co by było, gdyby Polska wygrała z Hitlerem w 1939 roku?" czy "co by było, gdyby nie było zaborów?".
Nowogród, piszą jego apologeci, był republiką. Bogatą i cywilizowaną, w której już w XV wieku działały wodociągi, a poziom analfabetyzmu był niski jak nigdzie indziej w szeroko pojętej okolicy. Mieszkańcy nie mówili o nim po prostu Nowogród, nazywali go Nowogrodem Wielkim. Albo nawet Panem Nowogrodem Wielkim.
Jego obywatele byli handlarzami kontaktującymi się ze spokojną, rzeczową Skandynawią, a nie zdobywcami z rozmytych granic azjatyckich pustkowi. Gdyby to Nowogród podbił Moskwę, Rosja byłaby innym krajem. Tak się mówi. Wolnym, silnym i odpowiedzialnym.
Ale tak nie było. Nowogród czuł na plecach, od wschodu, coraz gorętszy oddech rosnącej w siłę Moskwy. Słyszał powarkiwania. Próbował się ratować, między innymi zwracając się o pomoc do polsko-litewskiego państwa, ale nic z tego nie wyszło - w 1478 roku armie Iwana III Srogiego zdobyły miasto i zniosły jego ustrój. Niecałe 100 lat później Moskwa zadała drugi cios: Nowogród najechał kolejny Iwan, tym razem Groźny, masakrując mieszkańców.
To był koniec bałtyckiej, zamożnej Rusi.
Autobus nazywa się Golden Dragon. Wolno się wlecze przedmieściami Petersburga, a ja patrzę, jak faceci z elektrycznymi kosiarkami ścinają trawę przy świeżutkich chodnikach. Jadę i patrzę na kraj wyasfaltowany, przystrzyżony i wymalowany grubą warstwą farby - bo w ten sposób, od Mołdawii, przez Ukrainę i Białoruś, po Rosję - przeprowadza się rewitalizację. Tak działa słynny deal władzy z ludem: my dajemy wam poczucie, że dbamy i się opiekujemy, a wy nie ładujecie się nam do poważnych spraw, między polityczną wódkę a gospodarczą zakąskę.
W autobusie czytam książkę, którą kupiłem na dworcu. O geopolityce, bo teraz wszyscy w Rosji interesują się geopolityką. Nie tylko w Rosji zresztą.
A gdy geopolityka przeżywa renesans - można zacząć się martwić o losy świata. W Rosji geopolityka zieje z każdej strony: z wystaw księgarni, z rozmów w kawiarniach. To, co kupiłem, to geopolityka dość brukowa, by nie powiedzieć - szmatława. Autor nazywa się Nikołaj Starikow i chciałem go poczytać, bo z tego, co wiedziałem, reprezentuje punkt widzenia przeciętnego taksówkarza, urzędnika, efesbeka, emeryta - czy innego speca od geopolityki, historii i ekonomii.
Geopolityk Starikow pisze na przykład tak: "Geopolitycznych graczy na planecie jest czworo: USA plus Wielka Brytania (Anglosasi), Europa z Niemcami i Francją na czele, Chiny i Rosja. Światowy hegemon właściwie podporządkował sobie wszystkich Europejczyków, których suwerenność jest skrajnie ograniczona. Amerykańskie bazy wojskowe w Niemczech stoją jak wkopane w ziemię, podczas gdy nasza armia z Niemiec już dawno wyszła. Przed kim USA bronią dziś Niemców? Przed Polską, członkiem NATO? A może przed członkiem NATO - Francją? Odpowiedź jest oczywista: armia USA chroni w Niemczech interesy USA".
  • Dziesięć minut przerwy! - ryczy szofer i zatrzymuje się na parkingu pod motelem połączonym z restauracją.
Chcę skorzystać z restauracyjnej toalety, ale komisyjnie odmówiono wydania mi klucza, bowiem kupiłem tylko pierożek z grzybami, a to za mało, by stać się pełnoprawnym klientem. Zasugerowano toaletę publiczną bądź krzaki. Zlitowano się jednak w końcu nade mną, dała o sobie znać słynna rosyjska dusza, i wpuszczono.
Sikam, patrząc to na wszechrosyjski napis upraszający klientów o niewrzucanie zużytego papieru toaletowego do sedesu, to na stojące obok pudełko pełne obesranej bumagi.
W Nowogrodzie świat już inny. Tu już nikt nic nie kosi ani nie maluje, a bloki się rozłażą jak wszędzie w Poradziecji. A w powietrzu unosi się ciągłość. Przy ul. Petersburskiej wznoszono taki sam budynek jak te z 50. i 60. lat, które stały obok. Z jednej strony stoją dźwigi, z drugiej na balkonie wisi już pranie, a starsza kobieta idzie w stronę drzwi objuczona siatami, jak było przed wiekami, teraz i zawsze, i na wieki wieków. Amen.
W miejskim autobusie jakaś pani ochrzania bileterkę, że zbyt szybko do niej podeszła.
  • Jeszcze nie usiadłam! - krzyczy.
Bileterka cichym, nienawistnym głosem informuje ją, że jest głupia i że jeśli biletu nie kupi, wezwie policję. Po chwili na bileterkę wrzeszczy cały autobus. Kierowca nie określa się po żadnej ze stron: co jakiś czas wychyla głowę z szoferki, krzycząc, że ma kij i zaraz może go użyć.
Facet, który zagadnął mnie w autobusie, widząc, że czytam Starikowa, ma na imię Dima. Zagadnął, bo sam też czyta Starikowa. I się z nim entuzjastycznie zgadza. Stereo: Starikow pcha mi się do głowy przez oczy, a Dima przez uszy. Wysiedliśmy, a on ciągle opowiada. Że wszystkie te "gówniane wartości", którymi kieruje się Zachód, to gra. Dima twierdzi, że przeznaczeniem Rosji jest porozumienie z Niemcami i Chinami, i wspólne rzucenie wyzwania USA.
Dima gada i gada, a ja zapytałem go o Nowogród: czy nie szkoda mu, że podbiła go Moskwa? Historia mogła być zupełnie inna.
Dima mruga oczami i ścisza głos. - Moskwa celowo próbuje upokorzyć Nowogród - syczy. - Żeby jego potęga już nigdy nie wzrosła!
  • Serio? - pytam, patrząc na Dimę, obawiam się, jak na idiotę.
  • Jasne! - odpowiada. - Zobacz, jaka tu bieda! I jak trudno dojechać, mimo że Nowogród przy głównej drodze Petersburg - Moskwa! A do Moskwy jeden pociąg, do Pitra kilka, kilka autobusów na krzyż... I teraz my - biedna, mała prowincja, a Moskwa - ot, stolica! Ale, przyjacielu, Moskwa trzyma nas pod butem, bo się nas boi!
  • Ale - pytam skołowany - czego się boi? Tradycji nowogrodzkiej demokracji?
Teraz Dima patrzy na mnie jak na idiotę.
  • Jakiej, nachuj, demokracji? - pyta. - Ty co, frajer, że w demokrację wierzysz?
Dima poszedł, a ja zostałem z tą jego spiskową teorią, w którą, jeśli się wprawiło mózg w tryb działania lekkiej paranoi, można było nawet od biedy zacząć sobie powierzywać.
Bo jeśli patrzeć na wszystko tak, jak patrzą zwolennicy spisków, to na przykład tak: najprostsza droga z dworca na kreml, symbol nowogrodzkiej potęgi, zastawiona jest wielkim obeliskiem z moskiewskim dwugłowym orłem na czubku. Pomnik wojennej sławy. Wokół niego poustawiano płaskorzeźby pokazujące wszystkie historyczne momenty, w których Nowogród przelewał krew: od odparcia wojsk włodzimiersko-suzdalskich, bitwę Aleksandra Newskiego z Teutonami na jeziorze Pejpus, przez opołczenie przeciw Napoleonowi, aż po wyzwolenie z rąk niemieckich w czasie II wojny. O masakrze z rąk któregokolwiek z Iwanów - ani słowa.
  • Przypadek? Nie sądzę - szepcze mi w mózg mój wewnętrzny Dima, a z głośników zamontowanych na pomniku sączy się wojenna rosyjska opowieść o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej.
Kreml jest odpacykowany i wygląda jak mumia umarłego państwa wystawiona turystom na żer. Przeszedłem przezeń i idę za rzekę, w stronę dzielnicy, która w starym Nowogrodzie była jego handlowym centrum. Teraz są tam park i niewielkie domki. Wołchow, rzeka, gigantyczna, wielka, jak muskularne ramię. Na moście stoi kilku starszych facetów i łowi ryby. Pytam o Nowogród.
  • Chujogród! - wrzeszczy jeden z nich. - Chujogród Wielki!
  • Pan Chujogród Wielki - dodaje drugi, spokojniej nieco.
  • Kradną na potęgę, nic się nigdy nie zmieni w tym jebanym kraju!
  • W ZSRR wszystko było super - dodaje drugi, bardzo spokojnie. - W kosmos ludzi puszczali, małpy puszczali, psy nawet puszczali, a teraz co - w 20 lat wszystko w pizdu rozjebali...
  • Tak tylko pytałem - mruczę i idę dalej.
Pani Wiera prowadzi galeryjkę z lokalnymi ozdobami bazującymi na tradycyjnej sztuce.
  • Nasze ozdoby są podobne do wikińskich - mówi, pokazując mi pierścienie, które sama zrobiła. - O, wzory, motywy. Tu - nasz statek. Jak drakkar, prawda? A tu...
  • ...nie da się ukryć, że swastyka - mówię.
  • A tak. Motyw solarny. Tradycyjny. Nasza sztuka wyraźnie odróżnia się od reszty Rosji. U nas była republika. Hanza, Skandynawia...
  • No właśnie - przytakuję. - A potem przyszła Moskwa i podbiła. Nie szkoda?
Pani Wiera zwraca na mnie oczy błękitne jak tysiącrublowe banknoty.
  • Ale za to teraz jedna Ruś. Święta - mówi. - A stolice? Ot, zmieniają się.
W Nowogrodzie jeszcze kilka razy się dowiaduję, że wszyscy politycy, włącznie z Putinem i Miedwiediewem, to suki i że Rosję sprzedali, a kiedyś to były rakiety, potęga i wakacje na Krymie. Teraz Krym, mówią, niby nasz, ale nie ma za co tam jechać.
Chodzę po mieście. Wygląda tak samo jak inne miasta w tej części świata. Rosja spóźniła się nieco na nowoczesność - jakieś 100 lat. W czasie, gdy w Europie powstawały wielkie kwartały mieszczańskich kamienic, w Rosji - niewiele. Cywilizacyjny ciąg, który wyssał chłopów z chat i ściągnął do miast, miał miejsce dopiero w ZSRR, i to dopiero wtedy powstały wielkie kwartały. Jednak już nie kamienic, ale bloków. Ale zawsze, czy to w XIX, czy w XX wieku - choćby Dima i Starikow zaprzeczali, ile chcieli - to Zachód był punktem odniesienia. Bo innego po prostu nie było.
Chodzę więc po mieście, które już widziałem wiele razy: na Ukrainie, w Mołdawii, na Białorusi. Z nudów czytam szyldy: Wielkoljuksnyj Miasokombinat, Staryj Zamok.
Szyld knajpy Staryj Zamok przedstawia nie lokalną wersję zamku, ale zachodnią, z gzymsami i wieżycami, z sinymi, a nie czerwonymi cegłami jak w kremlach. Napis jest stylizowany na gotyk, a nad wszystkim stoi rycerz ,nie ruski woj.
Wracam pociągiem. Siedzenie za mną kokoszą się jakieś dwudziestoparoletnie Szwedki czy Dunki, które nabijają się z brzmienia języka rosyjskiego. Najwyraźniej się go uczą. "Żyzń" - powtarzają, chichocząc. "Russkij", "Charaszo", "Koszka, katora żywiot w ogorodie".
Patrzę na rozwłóczenie za oknem i nie mam już siły na Starikowa. Wyciągam "Krutyje gorki XXI wieka" Dmitrija Trawina, liberała z petersburskiego uniwersytetu.
Trawin postuluje coś odwrotnego niż Starikow: skumać się nie z Chinami przeciwko Zachodowi, ale z Zachodem przeciwko Chinom. I przyjmować nie chińskie wartości i chińską dominację, ale wartości zachodnie. Trzeba demokratyzować, bo tylko demokratyczna kontrola skutecznie zwalcza korupcję i patologię. Trzeba brać pod uwagę emancypację kolejnych grup i dostosowywać do tych zmian strategię państwową, a nie szczuć konserwatyzmem.
Za oknami od czasu do czasu pojawiają się wysuszone chaszcze barszczu Sosnowskiego, wielkie jak rośliny z triasu czy jury.
Wysiadam w Petersburgu na Moskiewskim. Gdy tylko wychodzę z dworca, wali mnie w nos zapach taniego i tłustego żarcia i na pełnej prędkości wjeżdża we mnie na deskorolce hipster z wąsami podkręconymi jak kajzer Wilhelm.
Na drugi dzień rano znów jestem na Moskiewskim, a w ręce mam bilet na "sapsana" do stolicy. Te "sapsany" to duma Rosji: szybkie, bezszmerowe, windy do przemieszczania się pomiędzy dwiema stolicami Rosji, poza którymi zresztą spora część ich mieszkańców nigdy nie była.
Mieszkańcy prowincji pomiędzy Moskwą a Petersburgiem długo nie mogli do tych "sapsanów" przywyknąć - ludzie, jak zawsze, przechodzili przez tory, tylko nie zawsze udawało im się uciec przed czymś pędzącym 250 kilometrów na godzinę. Były ofiary, a "sapsany" nie zawsze zatrzymywały się na miejscu wypadku. Podobno dlatego, że "i tak nie miało to sensu".
Zdarzało się więc, że ludzie atakowali pociągi: tłukli szyby kamieniami i drągami, obrzucali pomidorami. Tak samo jak w Anglii atakowano pierwsze kopcące i wyjące lokomotywy.
Czekając na "sapsana", patrzę, jak podoficer ustawia świeżych rekrutów w dwuszeregu. Nadrabiają minami, ale wyglądają na wystraszonych. Prawie dzieci, każdy w ciemnooliwkowym mundurze, z czarną torbą na ramię. Podoficer też gówniarz i ma podobny mundur, tylko na ramieniu torebkę na pasku, którą we wschodniej Europie chętnie noszą faceci, żeby im portfel i klucze kieszeni nie wypychały. Podoficer odchodzi kawałek, rozmawiając przez telefon, a do oddziału podchodzi pijany facet, niosąc w ręce butelkę z ice tea, mruganiem dając do zrozumienia, że sama ice tea to to nie jest. Chłopaczki odganiają go, zerkając na podoficera.
  • Gdzie jedziecie? - pyta facet, sam popiwszy z butelki. - Na wojnę pewno, chłopaczki, na wojnę. Szkoda żyć waszych młodych...
  • Na jaką wojnę? - odburkuje mu któryś z poborowych. - Idź, ty pijaku, na chuj...
"Sapsan" jedzie. O rany: wagonowi w eleganckich szarych mundurach i białych rękawiczkach. Podają paniom rękę, gdy wchodzą na stopień. Tak, to Rosja taka, jaką sama bardzo by chciała siebie widzieć.
Jest w tym wszystkim coś XIX-wiecznego. Steampunkowy konserwatyzm, nawet jeśli entourage mocno nowoczesny. Po wagonach chodzą oficerowie w odprasowanych mundurach i biznesmeni. Kręci się pachnący młody pop o budowie i urodzie hipstera z reklam H&M w wystających spod habitu jasnych dżinsach i drogich, białych mokasynach. Przez głośnik ciepły głos informuje, że dzieci najlepiej trzymać na rękach, żeby nie zapominać bagażu i w ogóle uważać.
Facet, który rozłożył obok mnie laptop, wydzwania do Hiszpanii po "dużą partię" jakichś paneli, oficerowie wytwornie kozakują do bizneslejdis. Na pociągowych ekranach radziecki film "Razwiedcziki".
Czytam Trawina. Pisze, że Zachód chętnie "oddałby Rosji Ukrainę", tylko mu głupio, bo ta, brocząc majdanową krwią, sama mu się wpycha na salony. Patrzę przez okno na krajobraz, ale nie jest to krajobraz Rosji właściwej, jej centrum cywilizacyjnego. Petersburg powstał za późno, na ugrofińskiej ziemi.
Mam wrażenie, że chcąc zobaczyć obszar odpowiadający polskiemu jądru, terenowi między Krakowem a Warszawą, musiałbym jechać do Moskwy z Kijowa. Patrzę tymczasem na krzepkie lasy, na rzadko porozrzucane osiedla. Elegancki pociąg jadący przez przestrzeń z perspektywy Europy będącą końcem świata. W zachodniej części kontynentu - ba, nawet środkowej - nie ma już tak pustych przestrzeni.
Czytam Trawina: przewiduje powstanie w tym miejscu "międzynarodowego megaregionu", który miałby obejmować Moskwę, Petersburg, Helsinki i Tallinn. Taki megaregion przyciągnąłby zagraniczne inwestycje, pojawiłaby się sieć szybkich połączeń etc. A gdy w Rosji nastanie "normalna władza", to ten megaregion stanie się stymulatorem dla reszty Rosji.
Trawin, liberał, w ogóle nie bierze pod uwagę, że zmilitaryzowana i skorumpowana Rosja, której nie lubi i którą krytykuje, mogłaby zaatakować Zachód. Uważa, że władza próbuje nadal mościć się jak najwygodniej i przez zapewnianie obywatelom jakich takich warunków życia szukać ich poparcia. Uważa, że Rosji nawet się nie opłaca wprowadzać oficjalnie wojsk do Ługańska i Doniecka, bo ściągnie to dalsze sankcje i popsuje relacje z Zachodem.
"Pociąg zbliża się do Moskwy, stolicy Rosji" - odzywa się nagle głos z głośników. Oficerowie mają takie miny, jakby tylko siłą powstrzymywali się od salutowania.
Wysiadam z metra na Czystych Prudach i o mało nie wpadam pod konia, na którym jedzie dziewczyna w przebraniu prasłowiańskiej wojowniczki z dzidą. Plenerowy pokaz rekonstrukcyjny pod tytułem "Bohaterowie ruskich bylin".
Patrzę, jak Rosja wyobraża sobie słowiańskość, i za nic nie przypomina to wyobrażeń Polaków. Żadnych bosych pierdołów z żółtymi wąsami i fryzurami á la Piast Kołodziej. Bardziej przypomina to Madziarów z ich spiczastymi czapkami i zawiniętymi noskami butów, w skórzanych kubrakach i z zakrzywionymi szablami.
A poza tym - Moskwa się amsterdamizuje. Całe miasto pogrodzone budowami, na których pracują głównie ludzie z Azji Środkowej. Wyznaczają ścieżki rowerowe, którymi jeżdżą nieliczni rowerowi hipsterzy. Ulice wyremontowane, a chodniki - asfaltowe. Szyldoza - mocno ograniczona. Kamienice - wyremontowane.
Moskwa jest ładna. Tylko gdzieniegdzie widać pomniki trudnej przeszłości, mastodonty z lat 90., tandetne centra handlowe, które popowstawały w czasach, gdy świętości na jakiś czas przestały istnieć i przestrzeń publiczną można było sobie kupić, jeśli miało się kasę.
W sumie się dziwię, że nikt nie postawił takiego - na przykład - domu towarowego Nautilus, przypominającego morskiego potwora narysowanego przez dziecko, na placu Czerwonym albo nie urządził butiku w mauzoleum Lenina.
No i jest wszystko. Na Nikołajskiej można na przykład zjeść "japońskie bliny". Reklama domu handlowego kusi "mediolańskimi cenami", a nieopodal włóczy się półnagi i wytatuowany zieloną farbą mużyk w klapkach.
Carskość miesza się z radzieckością, nowobogackość - z hipsterskością i żulerką. Na placu Czerwonym, zaraz obok "zerowego kilometra", od którego liczy się wszystkie odległości w Rosji, siedzi bardzo dobrze ubrana kobieta i żebrze, kryjąc się za wysadzanymi kryształkami czarnymi okularami. Ma głupkowaty uśmiech i nie wiem, czy to faktycznie jakaś życiowa tragedia, czy gra dla znudzonych życiem milionerów.
Przed luksusowym hotelem nieopodal stoi portier w liberii ociekającej złotem tak suto jak radziecki generał orderami. Ale buty ma tanie i przykurzone.
Zaraz za hotelem zaczyna się narysowane miasto: cały kwartał obwieszony płachtami, na których namalowano fasady zakrytych przez nie kamienic. Wygląda to surrealistycznie i niesamowicie.
W środku tego wszystkiego siedzi Kreml - jak miasto w mieście. Jak średniowieczny zamek, w którym, jak w bajkach, żyje król odgrodzony od świata murami, wokół których rozpościera się miasto. Bzyczące, szumiące, westernizujące się, leżące w samym środku pustki.
Mieszkam na Czystych Prudach i codziennie wracam do hostelu przez słowiańską starożytność. Przechodzę pomiędzy poustawianymi na chodniku słowiańskimi demonami i bożkami, światowidami i smokami, które stoją pod kolejnym potworem z lat 90. noszącym dumną nazwę Czistyje Prudy Biznies Cientr.
Upał jak diabli. Gdzieś z głębin Syberii, rozgrzanej latem jak kamień włożony do pieca, bucha na Moskwę żar. Niebo co noc jarzy się pomarańczowo.
Wieczorami miejscowe knajpy zaczynają szaleć. Gra muzyka, a przez tłum ludzi palących papierosy na chodnikach i ulicy wolno przejeżdżają samochody.
Siedzę na piętrze w hostelu i patrzę na wszystko z góry. Albo schodzę na dół, przed hostel, gdzie co wieczór popija whisky prosto z butelki ten sam skład: Misza z Sachalinu, Artiom z Kaliningradu i Żenia z Dniepropietrowska.
Misza z Sachalinu rapuje (o tym, że z końca świata przyjechał tutaj, do centrum świata), a Artiom, z drugiego końca nieskończonej Rosji, robi ustami bity. Żenia pali jointy i średnio się przejmuje faktem, że zaraz obok jest posterunek milicji. Narzeka, że "junta" w Kijowie przemianowała mu miasto na "Dnipro", ale on i tak będzie mówił "Dniepropietrowsk".
Wszyscy przyjechali tu szukać pracy i pomieszkują w hostelu tymczasowo. Mówią, że wszystko w Rosji się zmienia. Że policja nie bierze łapówek. No, prawie nie bierze. Że za mniejsze rzeczy jeszcze można się za kasę wymigać, ale za grubsze już nie. Sama policja też już inna niż ta stara, radziecka: nie ma już czap XXL i brzuchów opatulonych mundurem ze ściągaczem; gliniarze chodzą po ulicach w czarnych kombinezonach i czarnych beretach. Sporo z nich jest Kaukazczykami i w tych strojach kojarzą się z wojskiem jakiejś południowoamerykańskiej junty.
Dmitrij, dziennikarz, który kiedyś był opozycjonistą, a później przeszedł na ostry proputinizm, mówi, że przejrzał na oczy. Spotkaliśmy się przy stacji metra Nowokuznieckaja, w otoczeniu knajp i ulicznych grajków. Mówię mu, że Moskwa stała się fajnym miastem. Macha ręką. Fajnie, mówi, że się buduje, że się naprawia, ale po cholerę te pedalskie ścieżki rowerowe?
  • To jest sprawka pieprzonych liberałów!
  • Jakich liberałów? - dziwię się. - Przecież to nie liberałowie rządzą w Moskwie!
Dmitrij patrzy na mnie dziwnym wzrokiem.
  • Z otoczenia Putina - odpowiada. - Źle mu doradzają. Po co w Moskwie ścieżki rowerowe, jak zima większość roku? Tu autami się jeździ.
Zaprasza do domu. Jedziemy metrem. Dmitrij śmieje się z tych, którzy opowiadają niestworzone, jak mówi, rzeczy o Rosji jako o siedzibie zamordyzmu i autorytaryzmu. Opowiada o bezdusznych liberałach, którzy w Moskwie wyburzają stare budynki, zostawiając tylko fasady - a on jest romantykiem i stare budynki kocha. Opowiada też o Katyniu. Stalin - jak twierdzi - kazał wymordować polskich oficerów dlatego, że bał się powtórki z historii Legionu Czechosłowackiego, który w czasie rewolucji woził się po całej Rosji i kontrolował, co chciał.
Przeopowiada tak całą drogę, wszystkie stacje i przesiadki, aż w końcu stajemy pod starą chruszczowką na podmoskiewskim osiedlu.
  • No. Teraz będziesz mógł napisać, że proputinowski propagandysta żyje bardzo źle.
Ale źle nie jest. Mieszkanie, choć skromne, całkiem przytulne. Wygląda jak stereotypowe mieszkanie radzieckiego - albo poradzieckiego - intelektualisty. Ściany zawalone książkami, mała kuchenka i stół w dużym pokoju, przy którym pijemy wódkę.
Jemy gotowane ziemniaki, kiszone warzywa i galaretę, a Dmitrij mówi, że Zachód musi paść, bo nie ma już w nim religii, a bez religii i płynących z niej wartości padnie nawet ekonomia.
Pijemy, a on atakuje. Głównie Zachód. Robi to w sposób charakterystyczny dla populistycznych harcowników. Albo myśliwych polujących na mamuta. Uderza w dobrze zidentyfikowane słabe punkty, a potem nie czeka na ripostę, tylko odskakuje - i atakuje kolejny punkt.
Interwencja w Libii, w Iraku, w Kosowie.
Przymuszanie do demokracji.
Otaczanie Rosji bazami wojskowymi.
  • Z praw człowieka zrobiliście religię! - podnosi palec do góry, zapominając, że dopiero co zarzucał Europie całkowity brak wartości.
  • Kiedyś był w Europie suprematyzm rasowy, później kulturowy, a teraz macie instytucjonalny - głosi, nie zwracając uwagi nato, że dopiero co gromko przeciwstawiał się "terrorowi politycznej poprawności". - Uważacie, że można nami gardzić, bo mamy gorsze sądy i mniej sprawnie działającą demokrację od was!
  • Juncker jest faszystą! - krzyczy. - Sprzeciwiał się demokratycznemu wyborowi Austriaków, którzy głosowali na Norberta Hofera!
  • A to nie Hofer jest faszystą? - pytam.
  • Nie jest - odpowiada bez mrugnięcia okiem - jeśli jego partia była legalnie zarejestrowana.
Czasem sięga już wyżyn absurdu, twierdząc na przykład, że to nie Rosja znajduje sobie partnerów w europejskiej skrajnej prawicy, tylko zmusza ją do tego zachodni mainstream, który z Rosją nie chce rozmawiać. Na koniec ogłasza, że Polacy i Rosjanie są podobni. Na przykład nie lubią pedałów. Powinni być z tego dumni - oznajmia, a ja proszę go o numer na taksówkę.
Wracam przez piątkową noc. Taksówka stoi w korku. Przyglądam się kierowcom. Jakiś czarnoskóry facet ma na lusterku georgijewską wstążkę. Jakieś dresy chcą się z nami ścigać stuningowaną ładą. Jakiś koleś prowadzi jeepa, na który nakleił jednocześnie symbol transformersów i napis "Spasibo diedu za pobiedu".
Bliżej Czystych Prudów po ulicy galopują dziewczyny na koniach. Pod hostelem siedzą Misza i Artiom i rapują pod whisky. Jointów nie ma, bo Żenia powiedział, że pieprzy to szukanie roboty, i wrócił do Dniepropietrowska.
Na Nowym Arbacie znajduję plakat deputowanego Wiaczesława Łysakowa, który krzyczy: "Władza pod obywatelską kontrolę". Zdziwiłem się: co to za opozycjonista inicjujący niebezpieczne oddolne ruchy? Patrzę na dół plakatu, a tam jak byk napisane: "Jedinaja Rossija".
Odchodzę z oczami w słup.
  • Tylko frajerzy wierzą w demokrację - powtarzam sobie, chodząc po stolicy autokratycznego kraju, która z wyglądu coraz bardziej przypomina Zachód. W którym żyje się, mimo kryzysu, na całkiem niezłym poziomie.
Po cholerę demokracja, skoro, jak tu wszyscy uważają, nie wierzy w nią nawet Zachód? Po co się oszukiwać, wystarczy stworzyć miraż, kopię - i mieć to samo u siebie, tylko bez tego pieprzenia z wolnościami obywatelskimi i polityczną poprawnością. Zamiast lokować swoją partię w wyborczym wyścigu na scenie politycznej, wystarczy wsadzić całą scenę polityczną - od lewicy i liberałów po prawicę i ruchy obywatelskie - do swojej partii.
Patrzę na to udawane, przegięte hipsterstwo i przypominam sobie Berlin, gdzie to wszystko, cały ten bezproblemowy lajfstajl zbudowano na dojrzałej akceptacji, tolerancji i bezwarunkowej wolności, a tutaj próbowano przeszczepić wyłącznie jego formę bez zrozumienia istoty rzeczy. Jako symbol otwartości przyjęto budowanie ścieżek rowerowych, po których mało kto jeździ, i pozwolenie obywatelom na siadanie na trawnikach w parkach.
Ale Moskwa i Piter były miastami orbitującymi. Równie dobrze mogły leżeć na Pacyfiku - klimat przyjemny, morska bryza, a nie tu, w środku eurazjatyckiego gigalądu, gdzie zimą wiucha mrozem, jakby słońce zgasło, a latem bucha żarem, aż lasy płoną.
Moskwa i Piter to nie jest Rosja, bo z resztą kraju nie mają wiele wspólnego, ale jednocześnie to istota Rosji - bo jeśli ściąć te dwie głowy rosyjskiego orła, to ciało nie będzie miało pojęcia, co ze sobą dalej robić.
  • Na prowincji nie istniejemy - mówi Iwan, dziennikarz jednej z liberalnych gazet. - Na opozycję prawie nikt nie głosuje. Nie to, że kochają Putina, czasem go wręcz nienawidzą. Po prostu nie ma nikogo innego, a nas nie traktuje się poważnie. Tylko frajerzy wierzą w demokrację.
  • A wy wierzycie? - pytam.
  • No... - waha się. - U nas jest narracja taka sama jak wszędzie indziej w Europie. Poza jedną rzeczą: nie mamy pojęcia, skąd się u was wzięło to przekonanie, że Putin kogokolwiek najedzie. Przecież tyle wysiłku włożył w zbudowanie swojej pozycji, w kupienie narodu tą całą pseudowesternizacją. Przecież on chce w spokoju dożyć śmierci i rządzić, ile się da, albo namaścić kogoś na następcę - byle nie oddać władzy komuś, komu przyjdzie do głowy wsadzić go do pierdla.
  • Ale jeśli ktoś jednocześnie na potęgę się zbroi i pada mu gospodarka - mówię - to nie może być z tego nic dobrego.
Wzrusza ramionami.
  • Kto wie, czy cała ta akcja z militaryzacją to nie po to, żeby Zachód wiedział, że jeśli będzie pod Putinem dołki kopał, to tutaj dojdzie do takiego samego szaleństwa jak w Libii po Kaddafim. Być może liczy na to, że Zachód wystraszy się takiej perspektywy i zostawi go w spokoju. A dochrapał się pozycji, jakiej chciał. Rosja wstała z kolan. Nikt nie traktuje jej już z litością i pobłażaniem jak za Jelcyna. Po co mu więcej?
Idziemy na piwo. Z nami dziewczyna, Wiera. Wiera pochodzi z Sewastopola, z Krymu. Mieszka w Moskwie, ale jest liberałką, więc w ramach protestu przeciwko aneksji nie chciała wymienić ukraińskiego paszportu na rosyjski.
  • A twoi rodzice - pytam - chcieliby, żeby Krym wrócił do Ukrainy?
  • A skąd! - uśmiecha się. - Oni za Putinem.
  • A ty byś chciała?
  • Eee - myśli. - Teraz, jak tam już wszystko pozmieniali... telefony, banki, policję, wszystko - znowu zmieniać od początku? Ludzie od tego oszaleją. To już może niech będzie tak, jak jest.
Wracam do hostelu. Tam czeka już tylko smutny Sachalińczyk. Artiom wrócił do Kaliningradu.
Tekst jest fragmentem książki pod tytułem "Międzymorze" , zapisu podróży Ziemowita Szczerka przez Europę Środkową, która ukaże się nakładem wydawnictw Agora i Czarne na przełomie 2016 i 2017 r.
*Ziemowit Szczerek ur. w 1978 r., dziennikarz, pisarz, tłumacz. Autor m.in. "Przyjdzie Mordor i nas zje", "Siódemki". Za książkę - "Tatuaż z tryzubem" nominowany do tegorocznych nagród literackich: Angelusa i Nike.
źródło: http://wyborcza.pl/magazyn/1,124059,20538288,tylko-frajerzy-wierza-w-demokracje-ziemowit-szczerek-podrozuje.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.06.08 09:05 ben13022 Wywiad z Pawłem Reszke, laureatem Nagrody im. Kapuścińskiego

Paweł Krysiak: Jaką Polskę widzisz, gdy wychodzisz z lubelskiej redakcji "Wyborczej", znajdującej się na popularnym deptaku, i jedziesz w teren?
Paweł P. Reszka: Na pewno nie taką, jaką nasza władza chciałaby się chwalić, nie popularną i nie uwielbianą. Zupełnie nie mam poczucia, że jest "european". To Polska, która się wstydzi. Zresztą nawet nie trzeba wyjeżdżać z Lublina, by zobaczyć tę Polskę, której raczej nie pokazują w telewizjach śniadaniowych. Pół godziny spacerem od centrum są domy, w których nie ma łazienek. To mieszkania komunalne. Bohaterka jednego z moich reportaży Alicja, licealistka, nigdy nie zaprosiła do siebie nikogo z klasy, bo jeszcze chciałby umyć ręce i wtedy wydałoby się, że dziewczyna i jej rodzina kąpią się w misce. Oni i tak są w lepszej sytuacji niż ich sąsiedzi, bo mają przynajmniej toaletę. Urządzili ją w pokoju sąsiada. Kiedy umarł, po prostu przebili się przez ścianę i zajęli na dziko jego lokal. Są tacy, którzy nie mają toalet, więc załatwiają się w ciemnej norze na podwórku. W podłodze jest dziura, trzeba przyjąć pozycję "na narciarza". Emeryt, któremu z powodu cukrzycy ucięli nogę, tam i tak nie dojdzie. Żona usunęła siedzisko z krzesła, podstawia tam pudełko, i tak sobie radzą.
*Reporterzy lubią sytuacje skrajne, szukają sprzeczności. *
*Często piszesz o ludziach, którzy mają poczucie przegranej. *
*Złe państwo, pokrzywdzony biedny człowiek, reporter interweniuje i naprawia świat. *
*Recenzując rok temu twoją książkę "Diabeł i tabliczka czekolady", napisałem, że Reszka pokazuje nam wstydliwą część Polski. A może z twojej perspektywy reportera wiadomo, dlaczego wygrał PiS? *
*Nikt nie chce czuć się odrzucony. Ludzie potrzebują dobrego słowa, akceptacji, chcą poczuć się godnie. *
*Tej Polski, o której piszesz, nie ma w ogólnopolskich mediach. Nie widzą jej mieszkańcy stolicy? *
*To jednak jakiś koszmar, że tak dużo ludzi ciągle czuje się odrzuconych, wypchniętych. I jeszcze mają poczucie, że to ich wina. Jak to wytłumaczyć? *
Co rozświetla mroczny świat Reszki?
Zdarzyło się ostatnio w twojej pracy reporterskiej coś, co wprawiło cię w zakłopotanie, w poczucie, że przestajesz rozumieć, co się wokół ciebie dzieje?
*Co odpowiedziała? *
NAGRODA IM. RYSZARDA KAPUŚCIŃSKIEGO
Mottem tegorocznej edycji było zdanie: "Stoimy w ciemności otoczeni światłem" - cytat z "Podróży z Herodotem". W finale znalazły się także książki nagrodzonej Pulitzerem Jenny Nordberg, ("Chłopczyce z Kabulu", Czarne), Michała Książka, łączącego reporterski zapis z poetyckim spojrzeniem ("Droga 816", Fundacja Sąsiedzi), Karoliny Domagalskiej, autorki cyklu reportaży o in vitro ("Nie przeproszę, że urodziłam", Czarne), Michała Potockiego i Zbigniewa Parafianowicza, którzy opisali władzę Janukowycza na Ukrainie ("Wilki żyją poza prawem", Czarne). Jury wybierało spośród 96 zgłoszonych książek (w tym 33 przekładów).
Z laudacji przewodniczącego jury Macieja Zaremby Bielawskiego dla Pawła Piotra Reszki:
W rzeczywistości niosącej nadmiar zdarzeń i słów - nagradzamy autorską powściągliwość, a więc książkę objętościowo skromną. W czasie zdominowanym przez chaos emocji - nagradzamy skupienie. Wobec inwazji agresji - nagradzamy empatię. Przy nadmiarze komentarzy - nagradzamy umiejętność wsłuchiwania się w głosy ludzi.
"Diabeł i tabliczka czekolady" to misterna przeplatanka 15 reportaży publikowanych wcześniej z 12 tekstami nowymi. Te ostatnie mają formę krótkiej wypowiedzi. Nie wiemy, jak powstawały. Wolno podejrzewać, że w ten sam sposób co kolaże Swietłany Aleksijewicz.
Te króciutkie teksty to prawdziwe majstersztyki, na pograniczu poezji. Wzruszające, zagadkowe, straszne. Ale to nadal reportaż czystej wody, wierny swoim bohaterom: oddaje ich język i tok myślenia. Nasuwa się biblijne słowo na ten szczególny rodzaj wycofania: "cichość". "Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię". I nie o skromne milczenie tu chodzi, lecz o szacunek dla tajemnicy wolności bliźniego.
Jeśli bohaterowie Reszki czasami budzą śmiech, to dlatego, że nas zaskakują, nie dlatego, że śmieszą. A kiedy budzą współczucie, jest to współczucie zmieszane z podziwem i pokorą. Że człowiek tak doświadczony przez los potrafi znaleźć w sobie tyle siły i nadziei.
Kazanie na Górze, sedno chrześcijaństwa, okazuje się również przepisem na reportaż najwyższego lotu.
źródło: http://wyborcza.pl/magazyn/1,152664,20110219,pawel-p-reszka-polska-ktora-sie-wstydzi.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.05.29 12:51 SoleWanderer Wszyscy jesteśmy z Radomia

Wszyscy jesteśmy z Radomia. Dlaczego drugie pod względem wielkości miasto na Mazowszu stało się stolicą obciachu? Mateusz Witkowski Podziel się 785 Tweetnij
Symbol "cebulactwa" i polskiego zacofania. A przy okazji: ponaddwustutysięczny ośrodek, który ma szansę stać się stolicą województwa. Radom już dawno jest w opinii Polaków drugim Wąchockiem, miastem jak z dowcipu. Czy zasłużenie? Najspokojniejsze lotnisko świata
Zacznijmy od przedmieść, a dokładniej: od znajdującego się na południowy wschód od centrum portu lotniczego. Radom pozazdrościł największym miastom w Polsce i od 2014 roku może się poszczycić własnym lotniskiem. No, może „poszczycić” to nie do końca odpowiednie sformułowanie.
Tutejszy port z miejsca stał się wdzięcznym tematem żartów. No bo jak to brzmi: „Lotnisko w Radomiu”? Kto w ogóle chciałby tam latać? Zresztą fakty nie kłamią. Ów przybytek jest bodaj najbardziej opustoszałym miejscem tego typu w całym kraju. Pomysł zbudowania portu lotniczego w Rzeszowie, owszem, wydawał się kuriozalny. Wystarczy jednak rzucić okiem na statystyki, żeby zorientować się, że władze stolicy Podkarpacia miały rację. Stopniowo zwiększająca się liczba pasażerów oraz miejsc, do których można stamtąd polecieć, mówią same za siebie. Dla porównania: w zeszłym roku w Rzeszowie obsłużono 645 tysięcy podróżnych. W Radomiu: 500.
Wjeżdżamy na parking, po którym z mozołem przemieszcza się elka. To świetne miejsce dla niedoświadczonych kierowców. Ruch samochodowy bowiem niemalże tu nie istnieje. Kilka aut (należących prawdopodobnie do pracowników lotniska) i my. Na horyzoncie świeża trawa i ani pół samolotu. Trzeba mieć spore szczęście, żeby na nie trafić. Lotnisko w najlepszym wypadku obsługuje zaledwie kilka kursów dziennie. Z Radomia można dostać się do Wrocławia, Gdańska, Pragi i Berlina. Bywają dni, w których startuje stąd jeden samolot (w soboty natomiast ruch kompletnie ustaje).
Jak widać, ktoś już tu był przed nami (fot. Damian Dziura) Jak widać, ktoś już tu był przed nami (fot. Damian Dziura) Wewnątrz świeżo, higienicznie i rzecz jasna pusto. W hali lotniska znajduje się jeden kiosk i jedna kawiarenka. Obsługa portu wygląda jak wyrwana z zimowego snu. Widok ludzi wyraźnie wprawia ich w skonfundowanie. Mam ochotę podejść i zapytać, czy zawsze jest tu tak spokojnie, ale nie chcę wyjść na złośliwca, który przerywa odpoczynek.
Ruszamy w stronę miasta, przejeżdżając obok „majestatycznych” pastelowych bloków. Mijamy jeszcze samochód należący do ochrony lotniska - prawdopodobnie najmniej zapracowanych ludzi w całym Radomiu. A więc ta beka nie wzięła się znikąd - myślę.
Na lotnisku w Radomiu można odnaleźć spokój (fot. Damian Dziura) Na lotnisku w Radomiu można odnaleźć spokój (fot. Damian Dziura) Specyficzny stan umysłu
Parkujemy w okolicach rynku. Przynajmniej tak wynika z mapy. Po lewej stronie posępny zakład pogrzebowy Exodus, po prawej natomiast pełniący te same usługi Hades. Mało zachęcające powitanie. Nie ma się jednak co zrażać. W końcu historyczne centra, choćby i nawet wchodziły w skład miast całkowicie paskudnych, niemal zawsze mają w sobie sporo uroku.
Przemykamy obok okupowanego przez lokalsów pubu U Jana i już jesteśmy w rynku. Nie wskazuje na to jednak nic poza tabliczką z nazwą ulicy i Google Maps. To zupełnie zaniedbany plac z rozsypującymi się kamieniczkami, niepamiętającymi już nawet czasów swojej młodości. Choć niemal w całości wyłożony jest kostką brukową, w niektórych miejscach jakby jej zabrakło, przez co rynek straszy wypełnionymi piaskiem szczerbami.
Po lewej Exodus, po prawej Hades (fot. Damian Dziura) Po lewej Exodus, po prawej Hades (fot. Damian Dziura) W centralnym punkcie: pomnik Czynu Legionów. Gdzieś w tle dzieciaki grają w tzw. siatkonogę. Nieliczne ławeczki są zajęte przez starsze osoby oraz mocno wprawionych już w rozrywkowy nastrój tutejszych.
Na jednej z pierzei rynku - nijak nieprzystające do całości obrazka Muzeum im. Jacka Malczewskiego. Na przeciwległej ścianie: neorenesansowy ratusz. Stężenie alkoholu w powietrzu - około 38 procent i na oko ani jednego turysty.
Blisko nas parkuje biały opel astra. Wewnątrz pan w tzw. sportowej odzieży, obok jego oblubienica. Pan odbiera telefon od swojej mordeczki, po czym rusza z piskiem ku sprawom ważniejszym niż niedzielny relaks.
Tu mieści się pub u Jana (fot. Damian Dziura) Tu mieści się pub U Jana (fot. Damian Dziura) Nie wiemy, jakim stanem umysłu jest Radom, jest to jednak stan, ujmijmy to delikatnie, specyficzny.
Nadbałtycki kurort bez morza
Ruszamy dalej, osłupieni marazmem radomskiego rynku. Zresztą nie ma się co czepiać. Jak przystało na miasto będące „stanem umysłu”, kwestia historycznego centrum jest tu nieco bardziej skomplikowana. Owszem, to tu znajdowało się kiedyś tzw. Stare Miasto, centrum zostało jednak przesunięte nieco na wschód. Dlatego też rynek i okolice, pełne mieszkań komunalnych, w których - jak dowiedziałem się od mieszkańców - rezydują w dużej mierze dość krewcy i niebezpieczni obywatele, zostały przez władze kompletnie zaniedbane i straszą przyjezdnych.
Ruszamy w stronę ulicy Żeromskiego, głównego deptaka w mieście, pełniącego funkcję prawdziwego starego centrum. Ulica Rwańska, przez którą przechodzimy, ma w sobie mniej więcej tyle uroku co rynek. O ironio, znajduje się tu jedna z dwóch placówek Centrum Informacji Turystycznej. Przypomina mi się grafika, na którą trafiłem wcześniej na Facebooku. Całkiem słusznie: choć jest niedzielne wczesne popołudnie, punkt jest zamknięty.
(źródło: Memy.pl) (źródło: Memy.pl) Smutek i stagnacja, której przed chwilą doświadczyliśmy, każą sądzić, że Radom jest miastem zbudowanym jakby na Księżycu. Za chwilę sytuacja jednak się odmienia. Przechodzimy obok pomnika Lecha i Marii Kaczyńskich, którego formy, przez szacunek dla zmarłych, nie będę komentował. Jesteśmy już na Żeromskiego. Akurat trwa Festiwal Sztuki Ulicznej. Bębniarze, tancerze, iluzjoniści, kataryniarz z siedzącą na ramieniu arą.
Atmosfera fiesty i wypoczynku. Dzieciaki wymachują radośnie wypełnionymi helem balonikami z wizerunkiem Minionków, wiruje różowa wata cukrowa, w powietrzu czuć słodki zapach ciasta na gofry. Trudno się przecisnąć, tym bardziej że każdy krok grozi zderzeniem z gokartami, które można wypożyczyć nieopodal.
Smutek i stagnacja, której przed chwilą doświadczyliśmy, każą sądzić, że Radom jest miastem zbudowanym jakby na Księżycu (fot. Damian Dziura) Smutek i stagnacja, której przed chwilą doświadczyliśmy, każą sądzić, że Radom jest miastem zbudowanym jakby na Księżycu (fot. Damian Dziura) Atmosfera zmienia się diametralnie, jakbyśmy przeszli na Rwańskiej przez drzwi do innego wymiaru. Ulica Żeromskiego przypomina nadbałtycki kurort, wciśnięty pomiędzy szpaler całkiem urodziwych dziewiętnastowiecznych kamieniczek. A więc zależnie od preferencji - pełna błogość lub kompletny koszmar. Niezależnie od osądów: ktoś tutaj mieszka.
Wszystko przez „Chytrą Babę”?
Choć warunki do rozmowy nie są najlepsze (za naszymi plecami koncert daje właśnie grupa bębniarzy), staram się zasięgnąć informacji u mieszkańców. Dyskretnie, z odpowiednią dozą delikatności. W końcu nikt nie lubi pytań w rodzaju: „Ej, czemu z was się tak wszyscy śmieją?”
Zaczynam od dwóch nastolatków, którzy przystanęli tu na chwilę, by obserwować uliczne zamieszanie. Są uprzejmi, choć wyraźnie niezadowoleni. Najwyraźniej przerabiali to już wiele razy. Zaczyna wyższy z nich: - No tak, w kółko coś się o nas mówi. Kiedyś więcej się wspominało o Sosnowcu, Wałbrzychu. Teraz tylko: Radom, Radom, Radom. W sumie to trochę przykre, bo miasto nie jest najgorsze. To ważne: w końcu licealiści prezentują zwykle postawę w rodzaju: „Tylko zrobię maturę i wyjeżdżam z tej dziury”.
Drzwi radomskich budynków prawdopodobnie nie staną się, jak w przypadku Dublina, bohaterami pocztówek (fot. Damian Dziura) Drzwi radomskich budynków prawdopodobnie nie staną się, jak w przypadku Dublina, bohaterami pocztówek (fot. Damian Dziura) Drugi z nich, wyżelowany chłopak w adidasach, dodaje: - Też nie wiem w sumie, skąd się to wzięło. Miasto jak miasto, nie jest jakieś najmniejsze lub najbrzydsze. Pierwszy doznaje jednak olśnienia: - Boże, wiem, kiedy to się tak naprawdę zaczęło. Chodzi o „Chytrą Babę z Radomia”. Wcześniej właściwie nikt o nas nie wspominał, ale od tego czasu... masakra.
Niezorientowanym w kwestiach internetowych mód i wszelkiej maści memów należy się wyjaśnienie. W 2012 roku w Radomiu zorganizowano miejską wigilię. Uczestnicy mieli do dyspozycji poczęstunek i napoje. Jedna z pań obecnych przy wigilijnym stole poczekała na swoją kolej i zabrała ze sobą aż trzy butelki napoju, prawdopodobnie wbrew oczekiwaniom organizatorów. Zdarzenie Pobierz z Rapideo.pl zarejestrowały kamery. - Słyszałem, że ona to brała dla jakichś krewnych czy coś. W sumie możliwe - stwierdził jeden z chłopaków. Internet, jak to zwykle bywa, okazał się jednak bezlitosny. Zdarzenie zaowocowało serią grafik i przeróbek, a do Radomia, być może już na dobre, przylgnęła etykieta stolicy „cebulactwa”.
Pomnik Sashy Grey
Radom, jako znak tego, co podłe i gorsze, zyskał sobie w internecie sporą popularność. Uwagę przykuwa facebookowy fanpage „Polska Radomiem Europy”. Przed wyjazdem na Mazowsze wysłałem właścicielowi strony prywatną wiadomość. Chciałem dowiedzieć się, co to tak naprawdę znaczy „Radom Europy” i jakie skojarzenia spowodowały, że fanpage ma taką, a nie inną nazwę.
Jak się dowiedziałem: Tego hasła oczywiście nie można traktować do końca poważnie, jednak w świadomości wielu ludzi Radom funkcjonuje jako miasto, w którym żyje duża liczba dresiarzy, kiboli, chuliganów. Sam, będąc tam kilkakrotnie, napotykałem na dość dziwaczne sytuacje z nimi związane. Również moi znajomi pochodzący z Radomia nigdy nie zaprzeczali, że panowie w sportowych ubraniach i białych czapeczkach stanowią znaczący element krajobrazu tego miasta.
Na fanpage'u można znaleźć rozmaite żarty z szeroko pojętej Polski B. Zamieszczone zdjęcia i grafiki nie pochodzą rzecz jasna tylko i wyłącznie z drugiego pod względem wielkości miasta w województwie mazowieckim. - Absurdalne rzeczy dzieją się praktycznie w każdej części naszego kraju, tym samym podważając sens traktowania stereotypów w całkowicie poważny sposób - mówi admin strony. Przeniesienie ciężaru z gruntu lokalnego na ogólnokrajowy zapala pewną lampkę.
Mieszkańcy Radomia wszystko mają pod ręką (fot. Damian Dziura) Mieszkańcy Radomia wszystko mają pod ręką (fot. Damian Dziura) O tym jednak później. W międzyczasie przychodzi mi na myśl inicjatywa, o której głośno było kilka lat temu. Mowa o zamiarze wybudowania w Radomiu pomnika Sashy Grey, znanej gwiazdy porno. O absurdalnym pomyśle pisano między innymi w polskiej edycji „Playboya”. Idea znalazła prawie osiemnaście tysięcy zwolenników.
Choć spodziewałem się, że adminem fanpage'a Komitet budowy pomnika Sashy Grey w Radomiu jest osoba, która posłużyła się nazwą miasta dla żartu, okazuje się, że mam do czynienia z rodowitym radomianinem. Gdy pytam o stereotypy związane z jego miejscem pochodzenia, odpowiada: - Każde miasto ma jakąś chytrą babę. Sam Radom natomiast to miejsce jak każde inne. Dodaje jednak, że sporo winy za dość kiepski PR miasta ponoszą sami mieszkańcy: - Gdy radomianie mają gości, to omijają miejsca, które powinni im pokazać, szerokim łukiem. Wiesz gdzie ich zabierają? Na zapiekanki na ulicę Moniuszki, gdzie „sprzedaje” się historie o tym, jakie to klasyczne miejsce z trzydziestoletnią tradycją.
„Jak Warszawa się śmieje, to wszyscy podłapują”
Rezygnujemy jednak z zapiekanek i wybieramy jedną z pobliskich spaghetterii. To, co nam serwują, okazuje się jednak dość fantazyjną interpretacją kuchni włoskiej. Całość nurza się w zawiesistym sosie, w skład którego wchodzi zielony groszek. Na ladzie stoją rzędem słoiczki z podziurawionymi wieczkami. To pojemniki na przyprawy. Najprawdopodobniej miały sprawić, że poczujemy się tu nieco bardziej swojsko. Nic z tego. Opuszczamy lokal z niepokojem w żołądkach.
Słynny w mieście neon zamkniętego już dawno temu sklepu Słynny w mieście neon zamkniętego już dawno temu sklepu "Kasia" (fot. Damian Dziura) Choć w okolicy znajduje się kilka godnych uwagi zabytków w rodzaju klasztoru Bernardynów, postanawiamy pozwiedzać miasto trochę na opak. Konsultuję się z pochodzącą stąd znajomą w sprawie miejsc, które niekoniecznie pasują do stereotypu Radomia.
Nie należy do nich na pewno zalew na Borkach, gdzie w sezonie można kontemplować rumiane piwne brzuszki tutejszych mieszkańców. Ani tereny byłej Fabryki Broni „Łucznik”, które - choć stanowią swego rodzaju miasto w mieście - raczej świadczą o tym, że Radom nie radzi sobie ze swoim postindustrialnym statusem (znajdują się tu między innymi dość szemrane kluby taneczne).
W końcu jest! Prawdziwa perełka. Dawny budynek miejskiej elektrowni został przekształcony w siedzibę Mazowieckiego Centrum Sztuki Współczesnej. To bardzo dobry przykład tego, w jaki sposób rewitalizować pozornie bezużyteczne już budynki (więcej na ten temat pisał w Weekendzie Filip Springer).
Zagaduję pana w średnim wieku, który prowadzi rower wzdłuż ulicy. O co chodzi z tym stereotypem? - A to ta warszawka cała. Śmieją się z nas od zawsze, jak z takich ubogich krewnych - mówi. - A jak Warszawa się śmieje, to wszyscy to podłapują - co zrobić, stolica. SMS do znajomej: Najbardziej warszawskie miejsce w Radomiu? Odpowiedź przychodzi niebawem: Kawiarnia Czytelnia Kawy.
Warchoły i czarne owce
Kawiarnia jest ukryta we wnęce przy ulicy Curie-Skłodowskiej. Teoretycznie wszystko się zgadza: modny wystrój, masa książek, przemiła obsługa. I ani żywej duszy - oczywiście poza barmanką i kilkorgiem jej znajomych. Gdy podpytuję o popularność lokalu, dowiaduję się, że zostanie on niebawem zamknięty. To i tak cud, że utrzymał się w tym otoczeniu aż siedem lat.
Ulica Rwańska prowadzi do Ulica Rwańska prowadzi do "lepszego" Radomia (fot. Damian Dziura) Jak twierdzi Ziemowit Szczerek, pisarz i dziennikarz, zdobywca Paszportu „Polityki”, który wychował się w mieście numer dwa na Mazowszu: - Gęba Radomia jako kogoś gorszego pochodzi jeszcze z okresu międzywojnia. Wówczas powstała droga, która łączyła miasto ze stolicą. Złota warszawska młodzież mogła testować na trasie swoje nowe maszyny, gdyż była to w tamtym czasie właściwie jedyna w okolicy szosa z prawdziwego zdarzenia. Do Radomia jeździło się więc pobawić.
Damian Maciąg ze stowarzyszenia „Kocham Radom” zwraca uwagę na nieco inne przyczyny. Jego zdaniem dzisiejszy wizerunek Radomia to wynik reakcji władz komunistycznych na wydarzenia Czerwca 1976: - Sam Gierek to zapowiedział: „Powiedz tym swoim radomianom, że ja mam ich wszystkich w dupie i te wszystkie działania też mam w dupie. Zrobiliście taką rozróbę i chcecie, by to łagodnie potraktować? To warchoły, ja im tego nie zapomnę”. „To musi być atmosfera pokazywania na nich jak na czarne owce, jak na ludzi, którzy powinni się wstydzić, że w ogóle są Polakami”. Odwet władz komunistycznych polegał nie tylko na szeptanej propagandzie, że Radom to warcholstwo i grajdoł, ale też na realnym wstrzymaniu inwestycji.
Nie ulega wątpliwości, że mamy tu również do czynienia z klasyczną animozją „centrum a prowincja”. Mieszkańcy stolicy śmieją się z radomian (zagadnięty przeze mnie znajomy warszawiak odpowiada: No weź posłuchaj, jak niektórzy z nich mówią...), ci natomiast patrzą z zawiścią na wygodnych warszawiaków.
„Łatwo śmiać się z Radomia”
Mieszkańcy Radomia niespecjalnie dbają zresztą o swój wizerunek. Dziewczyna rozdająca ulotki na Żeromskiego mówi mi: - Masa moich znajomych wyprowadziła się do Wawy. Z tego, co widzę, to zamiast w jakiś sposób bronić swojego miasta, dołączają do ogólnej beki, razem z warszawiakami. Odcinają się zupełnie, mówią: „Dobrze, że już nie mieszkam na tym zadupiu”, jakby chcieli się wkupić w czyjeś łaski. Przecież w Warszawie prawie nikt nie jest z Warszawy i gdyby się chciało tropić „słoików”, to byłoby w czym wybierać. Po prostu śmiać się z Radomia jest łatwo, bo wszyscy od razu to rozumieją.
Już wiemy, skąd bierze się spora część tutejszych szyldów (fot. Damian Dziura) Już wiemy, skąd bierze się spora część tutejszych szyldów (fot. Damian Dziura) Zgadza się z tym admin wspomnianego „Komitetu budowy pomnika Sashy Grey”: - Zauważ, że sami radomianie, zamiast robić wszystko, żeby promować miasto jako fajne miejsce, robią profile z tzw. beką.
Reprodukowanie takiego, a nie innego stereotypu może mieć duży wpływ na odbiór Radomia, nawet w przypadku osób, które mają z miastem sporo wspólnego. - Byłem tam jakieś dwa tygodnie temu, kręciłem się samochodem po mieście i okolicach. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać: to naprawdę wygląda tak źle, czy może jestem już uprzedzony? - mówi Ziemowit Szczerek.
Miasto jak każde inne?
Muszę się do czegoś przyznać. Od początku droczę się z Tobą, Drogi Czytelniku. Celowo oglądam otoczenie przez „bekowy” filtr. Wyśmiewane przeze mnie na początku Stare Miasto nie jest przecież Starym Miastem z prawdziwego zdarzenia. Radom może poszczycić się unikatowym układem przestrzennym - wystarczy rzut oka na mapę, aby prześledzić, jak miasto ewoluowało od średniowiecznego grodu do dzisiejszego kształtu.
Mogę rzecz jasna opisać widok wyjeżdżającego z ulicy Wałowej autobusu, który miał otwartą klapę od silnika, podtrzymywaną przy pomocy plastikowej butelki. Pominę wówczas jednak, że po mieście kursują wte i we wte eleganckie Solarisy Urbino.
Mogę też wspomnieć o okalających centrum bloczyskach (o którym z większych miast nie da się powiedzieć tego samego?) i przemilczeć, że sporo tu terenów zielonych, w rodzaju Parku Gołębiów, które pozwoliły nam ukryć się na chwilę przed wiosenno-letnim upałem. Zamiast rozpisywać się nad dziwną odmianą kuchni fusion, jaką napotkaliśmy we wspomnianej spaghetterii, mógłbym napomknąć o licznych kawiarniach i cukierniach znajdujących się w okolicach głównego deptaka.
Dworzec PKS jest, owszem, raczej brudny i obskurny, ale czy ten stan rzeczy można uważać w skali krajowej za ewenement? A może lepiej skupić się na znajdującym się obok gmachu dworca kolejowego z 1885 roku, przebudowanym w międzywojniu na modłę renesansu polskiego, uważanego wówczas za polski styl narodowy?
Zarówno budynek PKS-u, jak i pojawiające się tu pojazdy, pamiętają czasy PRL-u (fot. Damian Dziura) Zarówno budynek PKS-u, jak i pojawiające się tu pojazdy, pamiętają czasy PRL-u (fot. Damian Dziura) A skoro w Radomiu nie ma nic do oglądania, jak mówi mi para w średnim wieku, spotkana w okolicach dworca, to dlaczego pracownik Centrum Informacji Turystycznej, z którym rozmawiam telefonicznie po powrocie, wymienia na jednym oddechu atrakcje miasta. Największy zbiór prac Jacka Malczewskiego w Polsce, wspomniane wcześniej Mazowieckie Centrum Sztuki Współczesnej, unikatowy skansen w postaci Muzeum Wsi Radomskiej. Do tego funkcjonujący od 40 lat Teatr Powszechny. A więc to chyba nie jest aż taka dziura, jak byśmy tego chcieli?
Bezrobocie i brak tożsamości
Nie popadajmy jednak w skrajności. Radom ma swoje, dość poważne, problemy. Należy do nich choćby wysokie bezrobocie. Wedle danych Mazowieckiego Obserwatorium Rynku Pracy pod koniec marca wynosiło ono w przypadku miasta ok. 15-20 proc. (w powiecie radomskim aż 20-25 proc.). Bliskość Warszawy (blisko godzina jazdy samochodem) sprawia, że coraz trudniej zatrzymać w mieście młodych.
PODPIS (fot. Damian Dziura) Kino "Atlantic" zostało zamknięte dekadę temu (fot. Damian Dziura) Problemem może być również historia miasta. Radom znajduje się w historycznej Małopolsce, dziś należy z kolei do Mazowsza. Bliżej mu natomiast do ziemi sandomierskiej, o czym świadczy swoisty „kult Jana Kochanowskiego”, o którym mówi mi pracownik Centrum Informacji Turystycznej. - Ta mieszanka sprawia, że trudno mówić w wypadku Radomia o wytworzeniu się jakiejś historycznie zakorzenionej, regionalnej tożsamości - twierdzi Szczerek.
Dodajmy do tego kłopotliwe położenie. Na północy stolica, z którą z jasnych przyczyn ciężko się równać i która „zasysa” pieniądze przeznaczone dla całego regionu (ostatnimi czasy znów głośno było o oddzieleniu Warszawy od województwa mazowieckiego - rolę wojewódzkiej siedziby przejąłby właśnie Radom). Na południu, w podobnej odległości, rozwijające się w dość dynamiczny sposób Kielce.
Lektura forów, na których porusza się temat miasta, daje do myślenia. Przyczyną niezadowolenia z miejsca własnego pochodzenia mogą być aspiracje niedopasowane do możliwości. Choć Warszawa pozostaje poza zasięgiem, radomianie, ku własnej frustracji, sięgają po porównania z Wrocławiem czy Krakowem, miastami zdecydowanie większymi, będącymi stolicami własnych regionów. Przeglądając dotyczące Radomia memy i grafiki, natrafiam na zdjęcie ruin znajdujących się w Parku im. Tadeusza Kościuszki. Napis głosi: Radom - jakie miasto, taki zamek. Teraz nie musimy już jeździć do Krakowa. W porządku, Wawel to nie jest. Tylko co z tego?
(źródło: Demotywatory.pl) (źródło: Demotywatory.pl) Z samych siebie się śmiejemy
W tym rzecz. To drugie miasto w województwie nie jest żadnym tam ewenementem. Rynek pracy i przestrzeń miejska cierpią tu na te same bolączki, co inne większe polskie ośrodki. Radom to po prostu skumulowana przeciętność: ani olśniewający, ani odpychający, ani zaniedbany, ani dopracowany w każdym szczególe. Wszechobecna szyldoza, bloki wokół centrum, sporo „dresów”, nieszczególnie gustowne elewacje - czy nie jest to coś, co możemy powiedzieć o dowolnym mieście w kraju?
Ktoś jednak musi pełnić rolę kozła ofiarnego. Patrząc na Radom, patrzymy tak naprawdę na naszą przeciętność, którą chcemy wyprzeć i wyśmiać. Zrzucamy tym samym jarzmo „cebulactwa”, a przynajmniej tak nam się wydaje. W rzeczywistości bowiem chodzi tylko i wyłącznie o kompleksy umoszczone w głowie już na dobre. Śmiejąc się z mazowieckiego miasta, pamiętajmy, że - jak u Gogola - z samych siebie się śmiejemy.
Przykład radomskiej Przykład radomskiej "szyldozy", charakterystycznej niestety dla całego kraju (fot. Damian Dziura) A żeby sięgnąć po nieco nowszą literaturę, przytoczę fragment „Siódemki”, powieści Ziemowita Szczerka, której akcja ma miejsce na trasie numer 7, łączącej Warszawę, Radom, Kielce i Kraków. W pewnym momencie w mieście, będącym bohaterem tego tekstu, dochodzi do bombardowania. Główny bohater słucha medialnych komunikatów: (...) mijałeś fabrykę napojów Zbyszko Trzy Cytryny, salony samochodowe, domy weselne, włączyłeś radio i słuchałeś, jak wszyscy, w Warszawie, w Krakowie, w Gdańsku, deklarują, że cała Polska jest Radomiem. „Kochani - rechotałeś - cała Polska od zawsze jest Radomiem”.
PS „Chytra Baba” wcale nie zabrała z wigilijnego stołu aż trzech butelek napoju tylko dla siebie. Jedną z nich podała przechodzącej obok osobie. Druga natomiast mogła być śmiało przeznaczona dla kogoś bliskiego, kto nie mógł tego dnia pojawić się na wigilii osobiście. Już mniej śmiesznie, prawda?
Mateusz Witkowski (ur. 1989). Redaktor naczelny i współzałożyciel portalu Popmoderna.pl. Absolwent krytyki literackiej na Wydziale Polonistyki UJ, obecnie doktorant na tym samym wydziale. Interesuje się związkami między literaturą a popkulturą, brytyjską muzyką lat 80. i 90. oraz włoskim futbolem. Zdecydowanie sprzeciwia się dzieleniu kultury na „wysoką” i „niską”. Publikował m.in. w „Dwutygodniku”, „Xięgarni”, „Czasie Kultury”, „Opcjach”, stale współpracuje z Gazeta.pl i Wirtualną Polską.
http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,150913,20133176,wszyscy-jestesmy-z-radomia-dlaczego-drugie-pod-wzgledem-wielkosci.html#TRwknd
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]